Dziennik ukraiński/gruziński/armeński

Tomasz Teodorczyk – Dziennik ukraiński

Historia

Ta długa podróż była również wyjazdem projektowym, zostałem zaproszony przez kilka organizacji ukraińskich w Lwowie, Charkowie, Kijowie i Czernihowie do przeprowadzenia u nich warsztatów szkoleniowych, w Gruzji były to zajęcia w Tbilisi i Gori, a w Armenii w Yerevaniu. Część ukraińską organizowała Wika Solonicyna, Yulia Konotopcewa, Yurij Trofimienko i Yurij Usowicz, gruzińską oczywiście Megi Bibiluri, a armeńską Gregor Yeritsian. Wszystkim im jeszcze raz serdecznie dziękuję. Zajęcia w tych krajach były niezwykle różnorodne i dały mi dużo nowych międzykulturowych doświadczeń, które przełożyły się na moje rozumienie wielu trudnych psychicznych zjawisk, a w związku z tym również na pisane przeze mnie książki. Część z tych przemyśleń dołączyłem do filmiku, do którego link zamieszczam na końcu tekstu.

Dziennik ukraiński/gruziński/armeński (fragmenty)

Ukraina

Tomasz Teodorczyk – Dziennik ukraiński

Statystki w Ukrainie mówią, że 78% ludzi nie było nigdy za granicą, a 50% nigdy nie wyjechało poza granica swojego rejonu. Wprawdzie sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie, Yuryi mówi, że jego kilkunastoletnie dzieci już były zagranicą, ale jego rodzice nigdy, jednak nadal określa to poziom świadomości społecznej i doświadczeń czego „innego”. Na tym też opiera się Rosja, wschodnie rejony Ukrainy były przez cały czas bardziej izolowane od świata niż inne rejony kraju, a rosyjska propaganda stanowiła od zawsze jedyny punkt odniesienia dla tych ludzi. Zmiana mentalności musi tu trochę potrwać.

Sytuacja na dworcu w Charkowie, policja zatrzymuje kobietę ok 40 lat z jakimiś pakunkami. Zatrzymują ją, bo jest zapewne IDP (Internally Displaced Person, to takie ładne, eleganckie określenie dla osób, które uciekły z obszaru wojny). Kobieta nie wie o co chodzi, jest zalękniona, policjanci dość stanowczy. Nikt z przechodniów nie reaguje na tę sytuację. Pytam, co stanie się dalej jeśli rzeczywiście okaże się, że jest IDP. Wezmą od niej pieniądze i puszczą, mówi Yuryi. A jeśli odmówi, w końcu nie mają prawa ani jej zatrzymywać ani brać pieniędzy. Jasne, wtedy wezmą ją na komisariat, potrzymają kilka godzin i wypuszczą. Ale oni działają powodowani strachem, zapewne kobieta zapłaci po prostu żądaną kwotę żeby mieć spokój.

Warsztat dla organizacji Stacja Kharkiv, od 2014 roku zajmują się pomocą presieleńcom, to potoczna nazwa dla IDP’s. Robią wspaniałą robotę ale w kompletnej próżni. Rządowe organizacje ich nie lubią, bo ich działalność pokazuje, że rządowy obraz jak bardzo już wszystko jest w porządku, dalece odbiega od rzeczywistości. Żyją z międzynarodowych projektów, lokal biura jest opłacany przez miejscowego biznessmana, podobnie jak sala, w której prowadzę zajęcia. Sami wolontariusze, jest jednak stale opłacana osoba (wyłącznie ze względów formalno-organizacyjnych) – zarabia 1000 hrywien na miesiąc (150 zł).
Doceniani są wyłącznie przez organizacje z zagranicy, natomiast praca, którą wykonują jest nie tylko ogromna, ale emocjonalnie potwornie obciążająca. Bardzo jednoznacznie powiedzieli, że chcą warsztat o wypaleniu zawodowym, właśnie skończyli duży, trudny projekt, który był niesłychanie drenujący. Sytuacje tego typu są charakterystyczne nie tylko dla Ukrainy, tego typu organizacje prowadzą niesamowicie ważną lecz bardzo obciążającą psychicznie działalność, jednak ich aktywiści nie dostają praktycznie żadnej opieki psychologicznej.

Kobiety są tu bardzo silne i faktycznie wszystko ogarniają – zawodowo i w rodzinach, faceci bardzo często się życiowo nie wyrabiają. Kobieta na warsztacie pyta, co ma robić jej córka – jej mąż powiedział, żeby poszukała sobie kogoś silniejszego niż on, bo on się nie wyrabia. Gdy pytam o źródła tego wzorca społecznego pada odpowiedź, że to wszystko idzie jeszcze z wojny ojczyźnianej, mężczyźni poszli na wojnę, a kobiety miały wszystko na swojej głowie. A po wojnie tak samo, a nawet jeszcze bardziej, bo musiały się jeszcze zajmować swoimi zdewastowanymi przez wojnę facetami.

Yulia ze Stacji Kharkiv mówi, że udało im się dostać salę na mój warsztat o wypaleniu zawodowym w ładnym miejscu, żeby ludzie mogli się też trochę zrelaksować. Rano jedziemy tam samochodem i dopiero orientuję się co to są miejsce – Klub Golfowy i Spa SUPERIOR, z jedynym na Ukrainie kortem trawiastym, wypasione do granic możliwości miejsce, gdzie aż strach pomyśleć ile kosztuje wynajęcie sali, w której jesteśmy.

Chernihiv, małe bardzo spokojne miasto. Ale w sklepie, gdy przekładam kawałki sera szukając tego o odpowiedniej wielkości, zostaję opieprzony przez sprzedawczynię, że jej robię bałagan. A z kolei w dyspozytorni marszrutek, gdy wchodzę się coś zapytać, facet mnie kompletnie olewa i nie zwracając uwagi gada o niczym ze znajomym, ale gdy zaczynam przeglądać ulotki na ladzie to bez słowa wyjmuje mi je z ręki i kładzie tam, gdzie powinny leżeć. Jednak cały czas jest coś z tego starego sposobu myślenia, że na moim poletku, nawet najmniejszym, to ja rządzę i ma być po mojemu.

Dziwne podziały polityczne. Jest tutaj oczywiście skrajna prawica, narodowa partia Swoboda, której wprawdzie nie ma w parlamencie ale jest silna i wspierana przez niektórych oligarchów. Ma jako zbrojne ramię organizację C 14, która w ostatnich 3 miesiącach przeprowadziła kilka pogromów Romów, kilka osób zostało nawet zabitych. Ale gdy pytam jak w takim razie narodowcy ustawiają się w ważnym podziale ukraińskiego społeczeństwa na ludność prorosyjską i proeuropejską, dowiaduję się, że zagadywani o tę kwestię narodowcy kręcą, ale zasadniczo są … prorosyjscy. Chociaż w sumie może to nic dziwnego, w końcu Rosja to stare, dobre wartości, a ta Europa to przecież zaraza.

Dużo jest świetnych, młodych dwudziestopięcio – trzydziestolatków, którzy chcą zrobić coś ważnego dla kraju. To prawdziwa przyjemność rozmawiać z nimi ale też nostalgia za podobnymi czasami, które przeżywaliśmy kiedyś w Polsce, i smutek, że teraz wszystko tak mocno przesunęło się w stronę konsumpcji.

Mam coraz mocniejsze wrażenie, że coś z tymi NGO-sami jest nie tak. Trochę jakby potencjał ludzki jest marnotrawiony. Nie jest to wprawdzie jak z tą organizacją przeciw przemocy wobec dzieci w Ekwadorze, która była finansowana chyba przez Finów, a głównie dystrybuowała gadżety dla dzieci, podczas gdy pracownicy nie wiedzieli nawet jakie symptomy wskazujące na nadużycie mogą występować u dzieci, ale wydaje się jakby energia w wielu organizacjach tego typu szła trochę psu w dupę. Kiedy zaczynam rozmawiać o możliwości zorganizowania projektu dotyczącego dialogu ze skrajną prawicą to zaczyna to iść w stronę … konferencji. No i cały czas to samo, działania w ogromnej większości idą w stronę tego jak być POWINNO, choć tego rodzaju myślenie normatywno-życzeniowe nie ma sensownych szans zmieniania czegokolwiek. Brakuje elementarnego myślenia psychologicznego, co sprawia, że te działania mają charakter opieki paliatywnej, a nie wywoływania realnych zmian.

No a poza tym ich sytuacja jest bez wyjścia. W Kijowie przeprowadzają z nami duży wywiad. Ponieważ wiele rzeczy już mi się ułożyło w głowie, to mówię dokładnie to co myślę, o tym jak niewiele możemy zrobić w kwestii konfliktów w kontekście tego, że cały świat opiera się na modelu, który musi generować konflikty i wojny i inaczej być nie może dopóki podstawa nie zostanie zmieniona, przytaczam mądre i prowokujące cytaty z Caparrosa i Wilde’a. Po wywiadzie jedna z osób uczestniczących jest na mnie wyraźnie zła. „To co mówisz w żaden sposób nie zachęci donorów do wspierania naszej działalności” – słyszę.

Gruzja

Tomasz Teodorczyk – Dziennik gruziński

Tbilisi to piękne miasto. Oczywiście można sobie wyobrazić jak byłoby wspaniałe, gdyby można byłoby odnowić wszystkie te stylowe kamienice, podwórka, klatki schodowe. Tymczasem mieszkam w bloku zapewne z lat 60-tych, który wygląda jak z dzielnic nędzy w Delhi, klatka schodowa w takim stanie wizualnym i sanitarnym, że wchodząc na czwarte piętro lepiej zamykać oczy (wieczorem to nie jest potrzebne o tyle, że i tak żadna żarówka się nie świeci), a mieszkanie w takim stanie, że by doprowadzić je do stanu elementarnych norm europejskich należałoby w remont włożyć chyba drugie tyle co jest warte. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, ale pokazuje w jakich warunkach ludzie żyli za radzieckich rządów, choć pewnie w tamtych czasach ten blok był uważany za luksusowy. Tbilisi jest przedziwną mieszanką bardzo nowoczesnej architektury z mizerią postsowieckich ruder.

James Hillman i Michael Ventura napisali kiedyś książkę pod znamiennym tytułem: Mamy za sobą sto lat psychoterapii a świat staje się coraz gorszy. Możemy zadać sobie w ogóle pytanie dlaczego w świecie pomimo działań tak wielu ludzi i organizacji dzieje się ciągle tak wiele rzeczy, które powszechnie uznawane są za negatywne.
Jedną z możliwych odpowiedzi jest, że w naszej pracy ze światem skupiamy się bardziej na tym jak świat POWINIEN wyglądać, niż na tym, co sprawia, że tak trudno jest taki efekt osiągnąć. Normatywy nie działają, bo są jedynie myśleniem życzeniowym, czy chrześcijańskie „Nie zabijaj” spowodowało, że ludzie przestali zabijać?

W Gruzji strasznie trudno jest ludziom zaakceptować, że konflikt nie jest czymś złym, bo nieuchronnie kojarzy im się z wojną z Rosją z 2008 roku. Sytuacja, gdy po warsztacie podchodzi do mnie dwóch chłopaków i prosi mnie, żebym zrobił krótki komentarz do ich filmu o wojnie z Rosją. Ale zaczynają od tego, że musi to być antywojenne, antyrosyjskie i antykonfliktowe. Jednak gdy im wyjaśniam, co mogę powiedzieć w takim komentarzu, a czego nie chcę, w końcu rozumieją o co mi chodzi i nagrywamy dłuższą wypowiedź (na ich komórkę :))

Warsztaty w Gruzji i na Ukrainie dotyczące pracy z konfliktami są niezwykle interesujące pod wieloma względami, jednak bardzo mocno pokazują też różnicę metodologiczną w podejściu do problemu, które próbuję im przekazać. Otóż może nawet jeszcze bardziej niż w Polsce uczestnicy na początku zajęć oczekują pewnych gotowych algorytmów w odniesieniu do pracy z konfliktem, podczas gdy moje podejście jest oparte bardziej o dostarczenie im pewnych narzędzi opartych przede wszystkim na świadomości tego, co się z nimi w trakcie konfliktu dzieje. Ale jeszcze bardziej interesujące jest z jaką łatwością tutejsi uczestnicy ostatecznie podchwytują ten nowy punkt widzenia i jak bardzo się im on podoba.

Kwestia „narodowości” to pole pełne cierpień i nadużyć. Edmond Jabes pisze:
Pewien przyjaciel, który, podobnie jak ja, został zmuszony do opuszczenia Egiptu, wyznał mi niedawno:
W Kairze nigdy nie przyszłoby mi do głowy powiedzieć, że jestem Żydem. Kiedy zamieszkałem we Francji i pytano mnie o pochodzenie, odpowiadałem, ponieważ urodziłem się w Kairze, że jestem Egipcjaninem. Było tak aż do dnia, gdy w naszej malej grupie pojawił się jakiś arabski student. Wobec niego nie mogłem już twierdzić, że jestem Egipcjaninem. Odwołując się więc do statusu ojca, który miał obywatelstwo greckie, twierdziłem, że tak jak ojciec jestem Grekiem. Aż do dnia gdy do naszej grupy przystał pewien Grek z Aten, ortodoks i trochę nacjonalista. Nie mówiąc słowa po grecku nie mogłem podawać się za Greka. Czy bez zastrzeżeń mógłbym dzisiaj powiedzieć moim francuskim przyjaciołom, że jestem jednym z nich? Kocham ten kraj, studiowałem w języku francuskim, poślubiłem Francuzkę, dwoje moich dzieci urodziło się w Paryżu. A jednak, kiedy ktoś pyta mnie o narodowość, dlaczego zdarza mi się wznosić oczy ku niebu i za całą odpowiedź uśmiechać się żałośnie. Jaki z tego wniosek? Tylko taki, ze dla szowinistycznego nacjonalisty, każdy, kto należy do mniejszości, jest «obcym».

Zarówno ludzie jak i społeczności mają skłonność do pomijania pewnych swoich podobieństw czy związków na rzecz innych, w powszechnym mniemaniu bardziej godnych szacunku.
Podobnie jak ów północnoafrykański muł , który mówi zawsze o bracie matki, koniu, nigdy zaś o własnym ojcu, ośle”, to trafne porównanie zawdzięczamy Cliffordowi Geertz’owi, amerykańskiemu antropologowi społecznemu.

Jedziemy w stronę Osetii Południowej, części Gruzji okupowanej przez Rosję. Czy będziemy mogli dojechać do samej granicy? – pytam. Nie do granicy, tylko do linii demarkacyjnej – poprawia mnie Lewan – i bądź ostrożny, żeby w ogóle nie używać słowa „granica”. Ma oczywiście rację, dla Gruzinów wojna z Rosją w 2008 roku była ogromnym wydarzeniem i pozostawiła po sobie głębokie piętno. Wiele osób z tych terenów, również z samego Gori, nadal ma syndrom stressu pourazowego, a odzyskanie terenów zabranych przez Rosję stało się dla Gruzji sprawą honoru.

Dziesiąta rocznica wojny z Rosją, wydarzenie na jednej z wystaw poświęconej jej bohaterom. Są obecni rodzice jednego z nich. Matka mówi jak bardzo to było dla niej trudne, opowiada o swoich przeżyciach wtedy i w ciągu tych lat. Ale mówi tylko matka! Ojciec siedzi bez słowa, sztywny i z kamienna twarzą. Dopiero potem, już po formalnym spotkaniu trochę się otwiera ale to, co mówi wywołuje szok u organizatorów. Mówi, że nie ma prawa powiedzieć złego słowa na Rosję, bo bardzo wiele jej zawdzięcza, że dostał od niej tak wiele, że będzie jej wdzięczny do końca życia.
Powszechny szok! Nikt specjalnie nie reaguje, bo sytuacja jest trudna ale potem organizatorzy nie są w stanie tego zrozumieć. Przecież zabili mu syna! – mówią.
Mam dwie refleksje.

  1. Z punktu widzenia „oczywistości” sytuacja jest, rzecz jasna, nieoczywista. Z punktu widzenia dysonansu poznawczego każde dwie wartości mogą wejść ze sobą w konflikt a to, która będzie świadomie lub nieświadomie broniona, to zupełnie inna sprawa zależna od siły aktualnej tożsamości, siły, która próbuje ją rozbić i wielu innych czynników. Organizatorzy są zszokowani zapewne z dwóch powodów: jest dla nich „oczywiste”, że należy się opowiadać za życiem najbliższej osoby jako najwyższą wartością, a po drugie, że należy się opowiadać przeciwko Rosji jako agresorowi.
  2. Otwiera się natomiast myślenie o psychicznym piekle w wewnętrznym świecie tego człowieka, nie chciałbym być na jego miejscu. Jakkolwiek sobie on to zracjonalizował, wyparł itp. w sytuacji tak dużego dysonansu poznawczego wewnętrzne napięcia, które musiał znosić – i znosi zapewne nadal, muszą być nie do wyobrażenia.

Bidzina Ivanishvili, centralna postać władzy w Gruzji, ma kilka ciekawych hobby, zbiera okazy do swoich zoologów, hoduje rekiny ale też, co ciekawe, interesują go bardzo stare drzewa. Szuka takich okazów, szczególnie 100 letnich i starszych, po czym wykopuje je, transportuje i sadzi ponownie w swoim prywatnym parku.

Armenia

Tomasz Teodorczyk – Dziennik armeński

Yerewań kojarzy nam się głównie z dowcipami z dawnych lat ZSRR. Słynne żarty o pytaniach słuchaczy do Radia Erewań m.in. taki: Drogie Radio Yerewań, czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym dają samochody? Odpowiadamy: Tak, to prawda, tylko nie w Moskwie a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym tylko na Prospekcie Newskim, nie samochody tylko rowery i nie dają tylko kradną.

Pierwszy warsztat w Armenii wyszedł, nie wiem jak to określić – poniżej oczekiwań? Z trzech powodów, po pierwsze psychologia i konflikty nie są tutaj ze sobą kojarzone, a psychologia w ogóle nie jest traktowana poważnie. Po drugie ludzie są dość zamknięci, mówienie o sobie i swoich doświadczeniach jest praktycznie nie do przejścia. No i po trzecie, dla APY, jak dla każdego NGO’su, nie jestem wystarczająco ważny, nie przyniosę im pieniędzy ani prestiżu, a to jest dla nich niezwykle istotne. Dlatego ich poprzednie szkolenie sponsorowane przez wielkie korporacje, a prowadzone przez medialne osobowości, odbywało się w pięknym hotelu z wypasionym cateringiem itp. a moje w dość słabych warunkach. Ale udaje się ich zaciekawić, a to najważniejsze.
Choć pytanie o granicę sensownej autopromocji (tzn. takiej, która służy „sprawie” a nie osobie) pozostaje.

W Armenii i innych krajach (co ciekawe również w Japonii) funkcjonują nazwy geograficzne (w pozytywnym znaczeniu) pochodzące z kompleksu – w Armenii jakaś jej część to Mała Szwajcaria,w Japonii – japońskie Alpy. W a drugą stronę w wielu krajach występują „wyższościowe”, negatywne określenia geograficzne (też z kompleksu tylko innego i od drugiej strony) typu „Sajgon” czy „Meksyk” na oznaczenie kompletnego bałaganu.

Kolejny dzień warsztatów o konfliktach w Yerevaniu zbiegł się z obchodami stu dni armeńskiej rewolucji. Po zajęciach wszyscy idziemy na Plac Republiki, gdzie nieprzebrane tłumy czekają na przybycie premiera Nikola Pashinyana. Jego wizerunki oraz słowo „duchov” (co oznacza „nie bój się”, „bądź odważny”) najczęściej pojawia się na ustach, koszulkach i czapkach ludzi. Sentymentalne wspomnienie z polskich miast sprzed wielu lat miesza się z gorzką refleksją naszej polskiej drogi. I nadzieją, że kolejne rządy Armenii będą naprawdę pracować nad swoimi konfliktami społecznymi zamiast jedynie umacniać swoją władzę. Tego im w każdym razie życzę.

Kolejny warsztat, tym razem o rangach i przywilejach pozwala na wspólne sformułowanie nieco niepokojącej konstatacji.
Mój dobrostan społeczny jest związany z rangą, którą posiadam, a ona jest oparta na różnicy społecznej siły. Oznacza to, że mój dobrostan ma swoją cenę, ale rachunek za to płacę nie ja, lecz ktoś inny.

W Armenii wiele osób nie ceni się psychologii, z rożnych powodów. Z jednej strony klasyka – jak sobie nie radzisz sam i idziesz do psychologa – to znaczy, że jesteś wariat. Ale zauważam w tym coś ciekawszego (co obserwuje też w innych krajach), tylko nie potrafię określić, czy to przyczyna czy skutek braku poważania dla psychologii – oni nie dostrzegają albo nie chcą widzieć – swojej wewnętrznej różnorodności, wielości aspektów i stanowisk wewnątrz siebie. Traktują siebie jako monolit, jakby przyjmując, że główny aspekt wyraża to, co jest „oczywiste”. Kiedy pojawia się jakieś pytanie dotyczące dowolnej kwestii, wyrażają po prostu pierwsze stanowisko, które przychodzi im do głowy (oczywiście to „defaultowe” podejście oznacza stanowisko najsilniejsze, większościowe), i przedstawiają je jako swój pogląd. Oczywiście muszą mieć miejsce sytuacje, gdzie ten wybór nie jest aż taki prosty ale od czego są inne mechanizmy obronne!

Oczywiście kłopot zaczyna się, gdy ta „wewnętrzna” matryca („najsilniejszy ma rację”) zaczyna funkcjonować w rzeczywistości zewnętrznej, szczególnie jeśli to nie my jesteśmy „najsilniejsi”.
Jednak tego typu podejście sprawia, że ludzkie życie staje się prostsze i pozornie bardziej jednoznaczne. A może nawet nie pozornie, może w istocie wewnętrzna różnorodność jest odepchnięta tak daleko, że naprawdę nie przeszkadza? W gruncie rzeczy idee sprawdzają się tylko w życiu tych, którzy w nie wierzą. W końcu nie ma przecież żadnych „uniwersalnych” narracji, są tylko takie, które bezrefleksyjnie uznajemy za „słuszne” lub w najlepszym razie takie, które wybieramy ze świadomością istnienia innych.

Jest tutaj w Armenii jakiś dawny rodzaj ciekawości dla innych ludzi. To oczywiście ciekawość powierzchowna i zapewne związana, tak jak w Polsce za komuny, z nie za dużymi kontaktami ze światem, ale jednak to miłe, jak przechodząc koło domu, gdzie kobieta zrywa owoce, zaprasza cię, żebyś się poczęstował, albo facet zaprasza cię na szklaneczkę domowego wina.

Coś podobnego ma miejsce w marszrutce, którą jadę z Yerevania do Goris. Razem cztery i pół godziny drogi, oni wszyscy pochodzą z Goris i ja jedyny „obcy”. Pierwsza godzina spokojna ale potem z upływem czasu robi się jakaś autobusowa fiesta, wszyscy śmieją się, żartują, gwar jak w ulu. Próbują mnie też wciągać, ale bariera językowa jest nie do przejścia – armeński jest za trudny, a mój rosyjski za słaby żebym mógł się jakoś do tej fiesty dołączyć.

Ponownie wypływa kwestia mityzacji rzeczywistości. Jadąc marszrutką z Yerevania do Goris mijamy w pewnym momencie jezioro. Nawiązuję dialog z kobietą obok, jezioro jest, jak się okazuje na wysokości 1500 metrów npm. „To najwyżej położone jezioro na świecie” – mówi z przekonaniem. Kiedy stawiam przy tym stwierdzeniu lekki znak zapytania zaczyna się trochę wycofywać: „Tak mi kiedyś powiedziano” – mówi. Ale nie zamierzam rozbijać tego poczucia lokalnej dumy więc po stwierdzeniu, że jezioro jest naprawdę wspaniałe, szybko zmieniam temat.

Słowo/symbol „Ararat” ma tutaj ogromne znaczenie, wszystko co ważne nosi tę nazwę – narodowy koniak, papierosy, hotele, restauracje itp. W Erewaniu chodzi się specjalnie w najwyższe miejsce, żeby oglądać z daleka widok (skądinąd przepiękny przy ładnej pogodzie) tej wulkanicznej góry. Ma to może tym większe znaczenie, że znajduje się ona nie w Armenii ale na terytorium … Turcji (a wszystkim wiadomo jak bardzo złe są relacje między tymi krajami), pewnie dzięki temu zyskuje dodatkowe punktu w rankingu mityzacji.

Historia narodowego koniaku Armenii – Ararat dobrze pokazuje mechanizmy mityzacji rzeczywistości. Jest on dumą Armenii, mieszkańcy powszechnie uważają, że jest najlepszy na świecie. Ale tylko część ludzi wie, że od jakiegoś czasu jest on własnością Francuzów – jakiś czas temu został sprzedany firmie Regine Pernod. No i tutaj dysonans poznawczy jest rozwiązywany na dwa klasyczne sposoby. Część ludzi, z którymi o tym rozmawiam po prostu temu zaprzecza ( nie wiedza albo wypierają ten fakt), a część z kolei gloryfikuje stare czasu („Ararat dwadzieścia lat temu był o niebo lepszy od aktualnego”) z wersją przeniesienia mitu gdzie indziej („Teraz dobre koniaki produkują tylko mniejsze armeńskie firmy”). Oczywiście ten dysonans związany ze zjawiskiem utraty ważnych emblematów jest obecne wszędzie, żeby wspomnieć tylko „kubański” rum Havana Club czy „polską” Wyborową.

Jestem już zmęczony ciągłą i długoterminową zmianą miejsc, okoliczności i ludzi, którzy mnie otaczają. Zewnętrznie nadal mnie to cieszy ale gdy budzę się w nocy ze snu, w którym jestem gdzieś w Afryce i przez długą chwilę nie potrafię sobie odpowiedzieć, gdzie właściwie w tej chwili przebywam, myślę, że czas wracać.

Filmik z wyjazdu Ukraina/Gruzja/Armenia [link do portalu Facebook]