Dziennik tajwański 2023. Odczarowania

Tomasz Teodorczyk – Dziennik tajwański

Historia

Dziennik tajwański to zdecydowanie najobszerniejszy z moich dzienników, liczy sobie 150 tys. znaków, może dlatego, że ten długi pobyt ewokował wiele refleksji i wspomnień z innych podróży. Ale też ze względu na to, że od początku wiedziałem, że powstanie z niego książka (jak dotąd nie znalazłem wydawcy). Jechałem do Tajwanu z pewnym niepokojem, sytuacja polityczna była niepewna, bo Chińczycy po raz kolejny zaczęli manifestować poprzez manewry wojskowe wokół wyspy swoje prawa do tego kraju. Nie czułem się też fizycznie zbyt dobrze i obawiałem się czy długotrwałe chodzenie z plecakiem nie odbije się na moim kręgosłupie, a prognozy pogody też nie były specjalnie optymistyczne. Część z tego się sprawdziła, jednak nie na tyle, żeby wpłynąć na całość wyjazdu, który był dla mnie jednym z najbardziej interesujących.

Dziennik tajwański 2023. Odczarowania (fragmenty)

Rozmawiam z poznanym w samolocie mężczyzną, to pięćdziesięcioletni biznesman średniej klasy z interesami prowadzonymi w Hong Kongu i Australii. Pytam go o relacje ludzi na potencjalne zagrożenie ze strony Chin. Sprawa jest skomplikowana – mówi – oczywiście pokolenie moich rodziców pamiętających jeszcze czasy Czang Kaj-szeka boi się tego, ale nie jest przeciwko Chinom, natomiast moje pokolenie i młodsi ludzie wcale nie są przeciwni aneksji przez Chiny. Powiązania gospodarcze obu krajów są niezwykle silne, poza tym w głębi serca wszyscy czujemy się Chińczykami, a wspólne korzenie, historia i kultura są niezaprzeczalne.

Społeczeństwo jest tutaj dość konserwatywne – kontynuuje. Hazard jest zabroniony, podobnie jak pornografia. Formalnie za narkotyki można dostać karę śmierci i nie ma na razie opcji, żeby to zmienić, bo starsza część społeczeństwa by na to nie wyraziła zgody, jednak sądy unikają wydawania takich wyroków, a jak już muszą, to kara nie jest wykonywana.

Udało mi się znaleźć świetny nocleg typu homestay w pięknym Parku Krajobrazowym Alishan. Nigdy bym chyba nie dotarł do tego miejsca, próby porozumienia się z miejscowymi były bezskuteczne, gdyby nie dwaj przemili policjanci w małym miasteczku przy drodze, gdzie wysiadłem z autobusu. Gdy pokazałem ich nazwę miejsca, do którego potrzebowałem dotrzeć, po prostu wsadzili mnie do radiowozu i zawieźli do niego.

Wiele osób unika podróży do Azji z różnych powodów, z obawy przed zastraszającym poziomem higieny, ekstremalną pogodą, nieprzewidywalną komunikacją, długością i niskim komfortem przejazdów, koniecznością zmierzenia się ogromem biedy i wieloma innymi, prawdziwymi lub wyobrażonymi trudnościami. Ale w ostatnim czasie spotkałem kilka osób, dla których powodem nie do przejścia były zagłodzone i zaniedbane zwierzęta, szczególnie psy. Dobrze to rozumiem i sam mam wiele bardzo trudnych wspomnień z tego zakresu. Najgorzej było chyba w Indiach i na Sumatrze, gdzie niemal na każdym kroku, albo byłem na to szczególnie wyczulony, widziałem kalekie, przetrącone przez samochody i skutery psy i koty. Ale na szczęście jak na razie w Tajwanie tego nie widzę, mam wrażenie, że w ogóle jest tutaj mało psów, w dużych miastach praktycznie wcale, a na wsiach też nie za dużo.

Park krajobrazowy Alishan jest niezwykły pod wieloma względami. Mgła tutaj przychodzi i odchodzi nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, czasem tak, że nic nie widać na dwadzieścia metrów. Jakby ktoś zaciągał kurtynę przed następną sceną, którą trzeba dopiero przygotować. Ale następna scena teoretycznie niczym się nie różni od poprzedniej – a jednak, jeśli odejdziemy od naszej zachodniej potrzeby życia w wersji teledysków, to po dłuższej chwili widać, że to naprawdę jest inna scena. Takie zjawisko występuje u nas tylko w formie dziecięcej zabawy: znajdź dziesięć szczegółów odróżniających dwa „takie same” rysunki. Wschodnie wyrafinowanie mentalne, które głównie znamy z delikatnych smaków jedzenia albo herbaty, daje się przełożyć na każdy typ doznania. Medytacja odmienności każdej chwili. Ukiyo-e i haiku do granic bólu.

Wstyd jest bardzo trudnym uczuciem i zazwyczaj nie bywa elementem rozwojowym, wręcz przeciwnie, potrafi utwierdzać nasze negatywne przekonania na swój temat, dając naszym krytykom_czkom wewnętrznym idealne do tego celu potwierdzenie.
Od kiedy Ruth Benedict wprowadziła podział na kultury winy i kultury wstydu, ten ostatni jest zwykle rozumiany jako pewnego rodzaju utrata twarzy, obawa przed społeczną oceną w kontekście tego, co się zrobiło, pomyślało czy powiedziało. Oczywiście ten podział jest nieostry, wskazuje raczej na pewną tendencję do kategoryzowania niechcianych zachowań w odniesieniu bardziej do ludzi bądź norm zwykle połączonych z jakąś formą religii. Z tego względu mówi się, że kultura judeochrześcijańska jest bardziej kulturą winy, a na przykład kultury wschodnie kulturami wstydu.
Ale aby wstyd mógł odegrać pozytywną rolę w naszym rozwoju musi być połączony z wdzięcznością, co prawie nigdy się nie zdarza.

Wytłumaczę to na przykładzie. Spotkałem wczoraj młodego amerykańskiego turystę, chłopak miał może dwadzieścia pięć lat, który opowiedział mi następującą historię. (W podróży ludzie jakoś się bardziej otwierają, może dlatego, że zwykle wiedzą, że już się więcej nie spotkają.)
Wracał z jakiejś dłuższej wycieczki po górach do gospodarstwa, w którym tutaj mieszkał. Był bardzo głodny i wiedział, że aby coś zjeść, będzie musiał jeszcze schodzić przynajmniej czterdzieści minut w dół do miasteczka. Dochodząc do gospodarstwa od innej strony niż zwykle zauważył blisko niego małą świątynię taoistyczną. Z ciekawości wszedł do środka i zauważył na stole owoce (trzy banany i kilka mandarynek), cukierki i jakieś ciasteczka. W świątyni nikogo nie było, w sposób oczywisty powstała w nim myśl, żeby się „poczęstować”. Miał oczywiście duży konflikt wewnętrzny, co sprawiło, że stał przez kilka dobrych minut nie wiedząc jak postąpić. W końcu zdecydował się na „klasyczne” rozwiązanie, wziął do ust jeden cukierek i postanowił, że oderwie z kiści tylko jednego banana dla siebie. Gdy zaczął odrywać banana usłyszał, że ktoś wchodzi do świątyni. Była to kobieta, opiekunka miejsca.

– Myślałem, że się spalę ze wstydu – powiedział – szczególnie, że rozpoznałem w kobiecie znajomą moich gospodarzy. Kobieta wprawdzie nie zareagowała, gdy zacząłem coś mętnie tłumaczyć, nie znała zresztą angielskiego, ale miałem zmarnowany cały wieczór. Bałem się też, że kobieta opowie o tym gospodarzom, że będzie jakaś afera, poza tym fatalnie się czułem moralnie ze swoim postępkiem. Tej nocy prawie nie spałem – zakończył.
Jakież było jego zdziwienie, gdy następnego dnia siedząc na małym tarasie przed swoim pokojem i przygotowując sobie śniadanie, z miłym uśmiechem podeszła do niego gospodyni, u której mieszkał, ofiarowując mu trzy banany i dwie mandarynki. Oczywiście były to owoce ze świątyni.
– Poczułem niesamowitą wdzięczność – opowiadał dalej – dostałem chyba jedną z najważniejszych lekcji w swoim życiu, ale opartą na czymś zupełnie innym, niż do tej pory doświadczałem.

Zwykle potrzeba kilku dni na zorientowanie się jak w danym kraju działają podstawowe kwestie logistyczne typu noclegi, transport, zakupy, toalety czy banki. Tutaj jest trudniej, bo otacza cię język, którego w żaden sposób nie sposób jest z niczym skojarzyć, ludzie mówią bardzo słabo po angielsku, a poza tym szereg rzeczy funkcjonuje w sposób, który jest dla nas niespójny lub w ogóle trudny do pojęcia. Oprócz tego, co paradoksalne, czasem nawet lokalni mieszkańcy nie orientują się do końca w danym temacie. No i funkcjonują jeszcze nie tylko różne sposoby transkrypcji z chińskiego oraz wymowy, ale też różne dopuszczalne warianty danej nazwy, na przykład Shizuo i Shizao to ta sama miejscowość. A już kwestia ulic w małych miasteczkach to prawdziwa masakra, nikt nie operuje ulicami tylko nazwami miejsc lub innym kodem orientacji znanym tylko im. W Tajwanie obowiązującym językiem jest mandaryński, ale około 70% mieszkańców używa też tajwańskiej odmiany języka minnan, który jest niezrozumiały dla osób posługujących się innym dialektem chińskim. Nie mówiąc już o języku tajwańskich aborygenów.

Do Tajpej przyjechałem zupełnie nieintencjonalnie, zasadniczo bardzo nie lubię dużych miast z całym ich hurgotem i masami ludzi. Jechałem do Parku Narodowego Taroko lokalnym pociągiem z Hualien i zaraz miałem wysiadać, gdy przypadkowo rozpocząłem rozmowę z sympatyczną parą siedzącą naprzeciwko – wracali właśnie z trekingu z parku, ale istotne było, że dowiedziałem się od nich o nadciągającym nad Tajwan supercyklonie Mawar. Jeśli uderzy bezpośrednio w Tajwan, co może się stać dzisiaj w nocy lub jutro, to nie jest dobrym pomysłem, żebyś był na wybrzeżu – mówili – ale nawet jeśli tajfun trochę ominie wyspę, to i tak będzie lało cały czas, więc nic nie zobaczysz.
W związku z tym w dwie minuty zmieniłem plany i pojechałem do Tajpej przeczekać cyklon. No i rzeczywiście lało prawie przez cały czas, ale w mieście nie jest to aż takim problemem. Natomiast sama stolica rozczarowuje, mieszanka azjatyckich molochów z zapsiałą socjalistyczną architekturą z lat siedemdziesiątych oraz superwieżowców ze szkła i aluminium, ale wszystko jakoś bez wyrazu. Miasta są jak ludzie, niektórym „mimo intensywnego aromatu brak prawdziwego charakteru”, takie też jest dla mnie Tajpej. Uciekam stamtąd po dwóch dniach.

Geopark Yehliu na wschodnim wybrzeżu niedaleko Tajpej jest czymś absolutnie wyjątkowym, jadę tam w deszczową pogodę na całodzienną wycieczkę. Tajwan jest wyspą wulkaniczną, więc kamienne formy w geoparku są naprawdę niezwykłe. Sam park mieści w sobie również inne świetne atrakcje, ale jako że wymagają one włożenia nieco wysiłku, to niewiele osób decyduje się wejść na szlak, z czego zresztą bardzo się cieszę. Ptaki, motyle, niezwykła przyroda, piękne klify, no i Pacyfik w deszczu z dużymi falami (cyklon przechodzi obok, ale nie odpuszcza). A już po wszystkim czekając na powrotny autobus widzę jak do miasteczka nadjeżdża kolumna autokarów i kilka ciężarówek, z których wysypuje się różnokolorowy tłum ludzi. Słychać głośną, tradycyjną muzykę, kilkanaście osób przebiera się za wielkie postacie bogów i bogiń, inni niosą święte posągi. Cały pochód kieruje się do pobliskiej nadmorskiej świątyni, gdzie „aktorzy” odgrywają frenetyczny, przedziwny taniec. Nikt nie potrafi mi wyjaśnić o co właściwie chodzi, dowiaduję się jedynie, że te posągi pochodzą z innej, ważnej świątyni daleko stąd i zostały przywiezione tutaj, gdzie pozostaną przez jakiś czas.
Całość uroczystości trwa dobre dwie godziny, wracam do Tajpej późną nocą bardzo zmęczony, ale napełniony dźwiękami, przedziwnym tańcem i kolorami.

Park Narodowy Taroko jest wspaniały, widoki zapierają dech w piersiach. Fragmentami szlaki bardzo przypominają trasy na Sumatrze z Bukit Lawang do Kupu kupu Garden, nawet motyle są podobne tylko małpek mniej i bardziej strachliwe, ale w Taroko krajobrazy są dużo bardziej zróżnicowane. Przede wszystkim bardzo głębokie skaliste wąwozy, do których czasem strach zaglądać. No i piękne świątynie w niezwykłych, często zupełnie nieprawdopodobnych lokalizacjach. Na całym świecie zawsze to samo, jak to jest, że różne klasztory i miejsca kultów religijnych mieszczą się zazwyczaj w najpiękniejszych miejscach?

Dzisiaj pierwszy raz w Tajwanie poważnie się zaniepokoiłem. Uświadomiłem sobie, że w tym kraju wszystko jest pod kontrolą.

Daje to oczywiście duże poczucie bezpieczeństwa, można spokojnie zostawić plecak w dowolnym miejscu nawet na dłuższy czas bez obawy, że ktoś go weźmie, pokoju właściwie nie ma po co zamykać, szanse na kradzież są w ogóle bardzo niewielkie, a „większe” przestępstwa zdarzają się chyba od święta.

W parkach krajobrazowych można chodzić tylko, bardziej niż w innych krajach, restrykcyjnie wyznaczonymi ścieżkami, ma to oczywiście swój sens, i chociaż jest ich bardzo dużo, chciałoby się posiedzieć zupełnie „na dziko” nad piękną rzeką w wąwozie wśród gór.
Ale kłopot jest z czym innym, ilustruje to historia z dzisiejszej wycieczki. Jestem w małej wiosce w Parku Taroko na dworcu/przystanku autobusowym, czekając na bus wyjmuję z plecaka banana i zaczynam go jeść. W pięć sekund później z głośników rozlega się głos, który po chińsku i angielsku informuje, że ze względu na bezpieczeństwo turystów oraz dzikich zwierząt należy trzymać jedzenie wyłącznie w torbach i go nie wyjmować. Szybko kończę banana, bo choć forma powiadomienia mi się nie podoba, to w samej informacji widzę jakiś sens, ale głos powtarza ten komunikat jeszcze przez piętnaście minut – naprawdę! Po dziesięciu minutach na poważnie zastanawiam się, czy ktoś zaraz po mnie nie przyjdzie, żeby mi wlepić mandat albo osobiście poinstruować lub skarcić. Myślę, że nie chciałbym wejść w jakąkolwiek kolizję z takim systemem, przypomina mi się, że w tym kraju jest jednak kara śmierci za posiadanie narkotyków, pojawia się Orwellowski strach w całym ciele i mimowolnie rozglądam się czy nie widać gdzieś teleekranów.

Wreszcie zrozumiałem dlaczego należy podróżować samotnie – żeby nie robić hałasu.

Moja podróż dobiega końca. Nicolas Bouvier, autor wspaniałych książek o swoich wyprawach w drugiej połowie XX wieku pisał, że z każdej podróży przywozimy coś innego, niż byśmy się spodziewali, lub co było jej zamierzonym celem.
To bardzo piękna i prawdziwa refleksja, ale myślę o tym trochę inaczej, po odbyciu wielu podróży dochodzę do wniosku, że jedynym pytaniem, na które chciałbym znaleźć odpowiedź na koniec wyjazdu jest: Gdzie ja właściwie byłem? I nad tym pytaniem zastanawiam się cały czas i będę dalej próbował znaleźć na nie odpowiedź.

Do następnej podróży.