Dziennik meksykański
Historia
W grudniu 2016 roku pojechaliśmy z Agnieszką do Meksyku. Chyba dziesięć lat wcześniej byłem sam w tym kraju, tym razem wyjazd był częściowo zawiązany z wizytą i warsztatami, które prowadziliśmy w Szkole Psychodramy prowadzonej przez Jaime i Yuyo Winklerów. Odwiedziliśmy również Witka Jacórzyńskiego, antropologa, który prowadził badania grupy etnicznej Lakandonów. Był to bardzo intensywny i wyczerpujący wyjazd, ale również niezwykle owocny. Szczególnie zachwyciły nas oczywiście zabytki kultury Majów, mnie osobiście chyba najbardziej zafascynowała pelota, ich dziwna, rytualna gra w piłkę (filmik przedstawiający jak to mogło wyglądać zamieszczam pod tekstem dziennika). Po powrocie do Polski starałem się napisać o tym opowiadanie, pewnie do niego kiedyś wrócę.
Dziennik meksykański (fragmenty)
Muzeum Fridy Kahlo, Casa Azul, w którym mieszkała z Riverą przez 30 lat. Na jednej ze ścian fragment z jej dziennika czy też po prostu wypowiedź:
„Wielu ludzi mówi, jak bardzo muszę cierpieć będąc w relacji z takim człowiekiem jak Diego. Zupełnie tego nie rozumiem, bo czyż brzegi rzeki cierpią z powodu jej przepływu?”
I poruszające jej dzienne łóżko, z umocowanym na górze lustrem, żeby mogła malować się na leżąco, gdy nie mogła już chodzić, i z maską pośmiertną umieszczoną pośród zwojów chusty – jakby leżało tam małe dziecko.
To jedno z niewielu muzeów w ogóle, które daje się oglądać, proste, oczywiste i nie popsute jakimś wyrafinowanym lub bezsensownym pomysłem.
W CDMX (Mexico City) toaleta kosztuje tyle samo a czasem więcej niż przejazd metrem na dowolnej trasie. Przypomina się fraszka Kochanowskiego: „ …drożej sram niźli jadam, złe to obyczaje.” Ale to nie tak, metro jest błogosławieństwem w tym mieście, które jest drugą aglomeracją na świecie i nikt dokładnie nie wie ile liczy mieszkańców (30 mln?).
Metro to osobny temat, wiecznie zatłoczone, musi pewnie przewozić dziennie kilkanaście milionów osób. Jednak jest też przede wszystkim elementem segregacji społecznej. Ludzie, u których mieszkamy, trochę się śmieją a trochę są zaniepokojeni, że zawsze jeździmy metrem, biała klasa średnia i wyższa tego nie robi. Oczywiście jest w tym też element ochrony przed kradzieżą czy rabunkiem ale głównie segregacji. I rzeczywiście bardzo rzadko widać białych ludzi w metrze w ogóle a wieczorami praktycznie wcale.
Hay más tiempo que la vida – więcej czasu niż życia – mówi z uśmiechem młoda Meksykanka gdy czekamy na spóźniający się już godzinę autobus. Ma na myśli to, że nie ma się co niecierpliwić. W naszej kulturze, szczególnie pewnie w aktualnych czasach, to stwierdzenie byłoby interpretowane odwrotnie, że trzeba się spieszyć, wykorzystać tego czasu ile się da! Ciekawe, że ta podwójność interpretacyjna u nas bardziej odnosi się do śmierci a nie do życia – memento mori.
Po chwili jednak wracam do tego stwierdzenia, żeby głębiej zrozumieć o co w nim chodzi. Że jest więcej czasu niż nam się wydaje? Że nie jesteśmy w stanie przeżyć całego czasu, który jest dostępny? Że swoim życiem nigdy nie będziemy w stanie objąć całego czasu, więc nie ma się co niecierpliwić? Że zawsze jest nadmiar, nadwyżka czasu, jest go zawsze więcej, więc nie ma powodu, żeby go szanować? Tak, oczywiście to ostatnie, ale to cała filozofia, ogromny kawałek metafizyki. Dla nich to takie oczywiste, ja muszę się nad tym zastanawiać dobre pół godziny.
Kościół w San Juan de Chamula, niesamowite wrażenie, połączenie lokalnych wierzeń z chrześcijaństwem. Posadzka pokryta igliwiem i trawą, na niej tysiące zapalonych świec, praktycznie nie ma ołtarza tylko jakby brama przystrojona balonikami i kwiatami, wzdłuż nawy święci katoliccy ale w starych, dziwnych, oszklonych witrynach. W tłumie dużo różnego rodzaju „funkcyjnych” prowadzących zbiorową modlitwę. Taki główny funkcyjny jest wybierany trzydzieści lat wcześniej, żeby miał czas na zebranie pieniędzy, które wyda w czas jednych świąt – ale jego prestiż społeczny jest ogromny.
Na środku przy „swoich” zapalonych świecach grupy osób modlących się indywidualnie, czasami przyjechali z bardzo daleka. Modlą się w intencji zdrowia kogoś, kto jest z nimi lub kogoś, kto już nie był w stanie przyjechać. Przed nimi pox, tamtejszy bimber wyrabiany z kukurydzy, coca cola i skrępowana kura na ofiarę w koszyku. Uważają, że choroba jest spowodowana przez demony, które na skutek nieuwagi bądź przewinienia zabierają człowiekowi część duszy. Ale demonami rządzą święci – kura jest ofiarą dla nich, by zmusili demony do oddania duszy choremu.
Odbywa się rytuał – wszyscy się modlą, piją pox i coca colę, mężczyzna w pewnym momencie bierze kurę, przesuwa ją kilka razy ponad płomieniem świec, potem jednym ruchem ukręca jej szyję. Jest w tym wszystkim jakaś ogromna powaga i brak agresji, wszystko jest takie oczywiste. Kobiety siedzą i dalej się modlą.
Absolutnie nie wolno robić żadnych zdjęć ale chyba nawet nikomu by to nie przyszło do głowy. To tradycyjne indiańskie wierzenia połączone z chrześcijaństwem. Wśród Indian w tym rejonie Chiapas jest też sporo prezbiterian (twórcą tego odłamu był John Knox ze Szkocji), ale nie są lubiani i zwykle wyrzuca się ich z wiosek, stąd tworzą wyłącznie swoje społeczności.
Kultura machismo jest w tym kraju rzeczywiście ogromna, ale też trzeba przyznać, że dużo się robi, by to zmienić, przynajmniej w zewnętrznej warstwie. Metro ma osobne wagony dla kobiet i dzieci poniżej dwunastego roku życia i na każdym peronie policjant pilnuje, by było to przestrzegane. Nastolatek, z którym rozmawiamy mówi, że dostał w szkole uwagę za klepnięcie zeszytem dziewczyny po pupie. Wszystko fajnie ale z drugiej strony, jak piszą na plakatach, co druga 15 latka rozpoczynająca życie seksualne zachodzi w ciążę, po ulicach chodzą małe dziewczynki ze swoimi dziećmi w chustach, wielodzietne rodziny są oczywistością i dumą. Pytamy o powody nie stosowania antykoncepcji. Otóż wbrew pozorom wcale nie wynika to z religii katolickiej, również środki antykoncepcyjne są dostępne za darmo. Chodzi właśnie o postawę machismo, mężatka, która urodziła jedno lub dwoje dzieci i nie chce ich mieć więcej, nie może zacząć brać pigułki, bo oznaczałoby, że zdradza swojego męża. A gdyby trzynastolatka latka zaczęła brać środki antykoncepcyjne, jasno oznaczałoby to, że jest kurwą i się puszcza.
W Chiapas stale jakieś drogi są blokowane przez protestujących mieszkańców wiosek. Ruch zapatystów wprawdzie zmienił swój charakter i stał się bardziej zespołem bardzo lokalnych działań broniących interesów konkretnej wioski ale pewnie właśnie dlatego poszczególne wioski protestują w ten właśnie sposób – głównie przeciwko niesprawiedliwości i biedzie. Blokady są prymitywne jak ta, przed którą stoimy – trzy kłody drzewa i jakaś belka z powbijanymi gwoździami. Ale grupa ludzi pilnuje, żeby nikt tego nie ruszył, zresztą kto by się ośmielił, wszyscy noszą maczety a groźne miny wskazują, że nie ma tu żartów. Stoją tak przez cały dzień, na noc idą do domów i rano od nowa. Gdy zaczynamy z nimi rozmawiać dostajemy jakąś ulotkę ale gdy pytam czy mogę zrobić zdjęcie, ostre „nie” każe mi się dobrze zastanowić jak mam je mimo wszystko zrobić, jednak jakoś mi się to w końcu udaje. Ale jest w tym wszystkim jakaś beznadzieja, po godzinie dowiadujemy się, że może nas przepuszczą jeśli zapłacimy niezbyt dużą kwotę. Jednak to nie jest protest, żeby coś zarobić, raczej poczucie, że on i tak nic nie da, więc weźmy sobie chociaż trochę pieniędzy.
Wojsko nie interweniuje, chociaż od zamieszek w latach 90 tych ciągle stacjonuje w Chiapas. ( W 1994 roku zapatyści na kilka dni zajęli San Cristobal, potem w odwecie w wielu wioskach miały miejsce masakry dokonywane przez oddziały paramilitarne.)
Mazunte, wybrzeże Pacyfiku. Często spotyka się w takich miejscach ludzi z Europy czy ze Stanów, przyjechali i zostali na dłużej. Ale nie robią wrażenia szczęśliwych. Scenariusze są zwykle bardzo podobne, przyjechali jako turyści, spędzili cudowny tydzień nad oceanem, mieli doświadczenie bycia w raju, do tego jakiś miejscowy chłopak lub dziewczyna – i pojawia się decyzja o pozostaniu. Wykonują jakieś proste prace w hostelu, na campingu, w knajpie, żeby się utrzymać albo nie, tylko szybko okazuje się, że nie jest to pomysł na życie, raj zawodzi, podobnie jak związek. Tylko że wtedy już trochę głupio się z tego wycofać.
Koło dworca autobusowego w San Cristobal lokalne busiki, którymi mamy jechać do Ocosingo po drodze do Palenque – odjeżdżają jak zbierze się dwanaście osób. Na razie jest tyko pięć więc w naszym interesie jest zebrać resztę jak najszybciej. Kierowca chodzi i krzyczy: Ocosingo! Ocosingo! Dołączamy się do jego krzyków, wszyscy się śmieją z białasów-naganiaczy. Ale to działa, w kilka minut zbieramy brakujące osoby.
Większość polityków w tym kraju kończyła przed plutonem egzekucyjnym albo została mniej lub bardziej skrytobójczo zamordowana. I jest w tym jakiś rodzaj okrucieństwa albo szczególnie pojmowanej sprawiedliwości. W Chiapas w jednej z wiosek miało miejsce następujące wydarzenie. Wybrany lokalny przywódca gminy, gdy nie spełniał obietnic wyborczych, został zwabiony przez mieszkańców tej wioski i wbity na pal. Tak po prostu. Najciekawsze były jednak reakcje spotkanych Europejczyków, którym opowiadaliśmy tę historię. Wszyscy jednoznacznie mówili: Szkoda, że u nas tak się nie dzieje!
Zabytki Majów rzucają na kolana, chyba najbardziej swoją różnorodnością, każde jest inne – Palenque, Uxmal, Chitzen Itza … Ale też ich ogrom i rozmach poraża. Boisko do gry w piłkę w Chitzen Itzy ma 138 metrów długości i 40 metrów szerokości, sama piramida nie jest tak wielka jak ta w Gizie czy nawet w Tenotihuacan ale ma w środku drugą mniejszą, na szczycie której znajduje się niezwykły jaskrawoczerwony tron w kształcie jaguara. Dziękuję losowi, że pozwolił mi to zobaczyć kilkanaście lat temu podczas pierwszego pobytu w Meksyku, bo wkrótce potem przestano wpuszczać turystów do środka tej niezwykłej piramidy.
Gra w piłkę (pelota), fascynująca, bardzo dziwna gra rytualno-religijna Majów, czy też różnych prekolumbijskich kultur Meksyku i całej Mezoameryki. Opisywana przez Hiszpanów (Gonzalo Fernandez de Oviedo, Andres Perez de Ribas i inni), sami Majowie ilustrowali ją na wypalonej glinie, płaskorzeźbach otaczających boiska do gry czy też poprzez figurki zawodników, a jednak czy to z racji na wielość odmian gry czy z innych względów nadal można ją sobie różnie wyobrażać. Nie jest też jasny sens tej gry, z jednej strony miała odwzorowywać mit z Popol Vuh, Księgi Rady Narodu Quiche o Bohaterskich Bliźniakach, z drugiej cała warstwa symboliczno-metafizyczna, walka przeciwieństw, odwzorowanie kosmosu itp. Sama pelota w tym podejściu miałaby być słońcem, gracze to planety, a widownia – gwiazdy. Piłka ważyła podobno dwa – dwa i pół kilo (lub nawet więcej i mogła być podobna do naszej piłki lekarskiej), była zrobiona z płynnego lateksu, ze specjalnego rodzaju żywicy drzew zwanych ulle ( stąd zapewne aztecka nazwa gry ulamaliztli) lub też z mieszaniny będącej zlepkiem korzeni, soków roślinnych i innych elementów, podobnej nieco do smoły cerapez (gotowali to wszystko razem aż zrobi się maź i nadają jej kształt kuli).
Nikt oczywiście dokładnie nie wie jak wyglądała sama gra ale z różnych odtworzeń i symulacji wydaje się być bezsensownie ( a może właśnie bardzo sensownie ) trudna, niebezpieczna (zawodnicy musieli się chronić, używając specjalnego stroju, przed uderzeniami bardzo ciężkiej piłki) a zdobycie punktu sprawia wrażenie czegoś całkowicie niemożliwego do wykonania. Gracze odbijają piłkę tylko jednym biodrem i kolanem, co jest niesłychanie skomplikowane na przykład gdy piłka toczy się po ziemi. Wtedy muszą się kłaść, żeby ją odbić. Ostatecznym celem, który kończył grę miało być zdobycie punktu poprzez przerzucenie piłki przez pierścień (każda drużyna miała swój) ale były one zawieszone tak wysoko, że wykonanie tego zadania wydaje się absolutnie niemożliwe – na juego de pelota w Chichen Itzy pierścienie są zawieszone na wysokości siedmiu metrów (sic!), a sama piłka miała średnicę niewiele mniejszą niż sam pierścień! Przeprowadzane symulacje gry nie przekonują, są raczej robione dla turystów, co czyni całą historię jeszcze bardziej tajemniczą.
Osobną, bardzo dyskutowaną kwestią jest, czy zgodnie z zapisami w Popol Vuh, świętej księdze Majów, przegrywającą drużynę zabijano, poświęcając graczy w ofierze.
W Meridzie oglądaliśmy rekonstrukcję tego, jak mogła wyglądać gra w pelotę.