Dziennik indonezyjski
Historia
Samotne wyjazdy szczególnie sprzyjają rozmaitego rodzaju refleksjom, zmniejszenie kontaktów międzyludzkich powoduje, że człowiek jeszcze bardziej niż zwykle rozmawia z samym sobą. Na dłuższą metę jest to zabieg nieco depresyjny nie z powodu braku różnorodności rozmówców, lecz jak sądzę, ze względu na to, że każdy odpowiednio głęboki namysł musi się w tym miejscu zakończyć.
Dziennik indonezyjski jest zapisem podróży po Sumatrze i wysepkach przy jej północnym wybrzeżu oraz krótkiej wizycie na Jawie. Doświadczenia na Sumatrze przełożyły się później na opowiadanie IMAM. Tylko część zdjęć zrobiłem swoim Nikonem, gdyż sumatrzańska dżungla okazała się dla niego zbyt wymagająca.
Dziennik indonezyjski (fragmenty)
Przy przelocie z Jakarty do Banda Aceh konfiskują mi wszystkie środki na odstraszanie komarów, mówią że to trucizna i że u nich nie wolno. Nie pomaga gdy psikam na siebie, żeby pokazać że to niegroźne, chyba chodzi bardziej o ten obrazek z wybuchem na etykiecie. Zastanawiam się, bo na Sumatrze malaria i denga są dość powszechne.
Prowincja Aceh na północnym czubku Sumatry jest jedynym miejscem w Indonezji, gdzie bezwzględnie stosuje się Szariat i to w sposób zalegalizowany umową z rządem. Kary chłosty a nawet ukamieniowania mają tutaj miejsce dość często. Podobno nawet karano zachodnich turystów za zbyt przyjacielskie zachowania wobec tutejszych kobiet. W tym kontekście czuję się nieswojo, gdy kobiety chcą robić sobie ze mną zdjęcia. Ale w Banda Aceh nie czuję niechęci, ludzie są życzliwi i pomocni. Jedyny kłopot występuje, ale to ma miejsce w całej Indonezji, gdy próbujesz uzyskać dowolną informację, na przykład kiedy odchodzi prom i sprawdzasz to w pięciu punktach dostając pięć rożnych odpowiedzi a ostatecznie rzeczywistość okazuje się jeszcze inna.
Na prom mający mnie zawieźć na Pulau Weh oczywiście się spóźniłem, bo przyjechałem tuk-tukiem według najwcześniejszej „przepowiedni” godziny odjazdu a i tak brama już była zamknięta. Ale gdy zaczynam mówić jak bardzo mi zależy, żeby teraz popłynąć, facet pokazuje mi ścieżkę z boku furtki pozwalającą wejść na prom z tyłu, bez biletu. Indonezyjczycy nie są aż tak praworządni – mówi mi na statku jeden z marynarzy.
To kraj katastrof, każdy rejon, w którym jestem ucierpiał w jakimś momencie z powodu wybuchu wulkanu, trzęsienia ziemi, powodzi, lawin błotnych, tsunami. To wysokie koszty życia w jednym z najbardziej bogatych ekosystemów na Ziemi. Banda Aceh jest jednym z miejsc, które niezwykle ucierpiało podczas tsumani w 2004 roku. Dwudziestego szóstego grudnia 2004 roku w prowincji Aceh zginęło 170 tys. ludzi a infrastruktura została zniszczona na 800 km linii brzegowej. Muzeum Tsunami w tym mieście jest takie sobie ale prezentowane tam zdjęcia porażają.
W tej chwili wszystko już odbudowano dzięki ogromnej pomocy międzynarodowej, oglądam tylko celowo pozostawione ślady przeszłości – w pobliskiej wsi statek wbity w dach domu czy też 2,5 tonowy generator prądu, który woda zaniosła 4 km w głąb lądu.
Ale też to kraj motyli, które są dosłownie wszędzie, nie tylko w dżungli czy w wioskach ale w miastach, parkach, na ulicach.
Już prawie przyzwyczaiłem się do tego, że muzułmańskie modlitwy budzą mnie o 4 rano ale w Berastagi mieszkam blisko meczetu, z którego nagłośnienie jest tak duże a modlitwy o wiele dłuższe i częstsze niż zwykle, że wyjeżdżam kompletnie niewyspany. Wczoraj wspinałem się na wulkan Sibayac, dzisiaj miałem zamiar wejść z przewodnikiem na dużo trudniejszy Sinabung ale ten wybuchł w nocy. Chmura pyłu jest tak duża, że w miasteczku odległym o 30 kilometrów ludzie chodzą z parasolami. Ale na szczęście nie trzeba było nikogo ewakuować ani też Sinabung, który w poprzednich latach zabił wiele osób tym razem nikomu nic poważnego nie zrobił.
Wczoraj dwie młode Europejki, z którymi jadę do Bukit Lawang, gdzie w dżungli można oglądać orangutany. Rozmowa taka sama jak zwykle, mówią, że są w Indonezji ponad dwa miesiące. Pytam, gdzie były ale pada nieoczekiwana odpowiedź, że cały ten czas spędziły właśnie w Bukit Lawang, gdzie panuje wspaniałą atmosfera a teraz tylko wyskoczyły na kilka dni w inne miejsce. Pytam na czym polega ta wspaniała atmosfera. Och, jest cudownie, mówią, chłopaki z wioski przychodzą zawsze wieczorem grać i śpiewać, oni to mają we krwi. Są tacy przyjacielscy, pijemy piwo i dobrze się bawimy. Przyjechaliśmy tam bardzo późno i z różnych powodów musiałem zostać na jedną noc w tym ich hostelu. I było to bardzo dziwne doświadczenie gdy po szybkiej kąpieli usiadłem, żeby coś zjeść we wspólnej przestrzeni. Dużo piwa i hałasu, w knajpie siedzą głównie młode Europejki i kilku Indonezyjczyków okazujących im ogromną atencję. Dziewczyny są zachwycone, wygłodniałe uwagi nie zdają sobie tylko sprawy, że chłopaki „pracują” na swoje piwo, jedzenie, na zatrzymanie turystek na dłuższy pobyt w tym miejscu, za który będą musiały zapłacić, na pieniądze za wycieczkę po okolicy, może na jakiś romans czy coś więcej. Osobną kwestią jest główna atrakcja Bukit Lawang – dżungla i orangutany, które można w niej oglądać. Jeden z cudownie uśmiechających się chłopaków przy naszym stole przedstawia się w końcu jako licencjonowany przewodnik (pokazuje jakiś dokument w Bahasa, który przypomina bardziej legitymację szkolną) i proponuje unikalną wycieczkę do dżungli. To już są całkiem niezłe pieniądze ale chłopak świetnie wie jak to ładnie podkręcić. Trzy dziewczyny już się na to złapały, choć widać doskonale jak jest to grubymi nićmi szyte. Nie protestuję, bo po co? Będą miały picowaną wyprawę do dżungli dla turystów, żeby głupi Europejczyk miał poczucie jaki jest wspaniały i jak wiele przeżył. Nie ma co im zabierać złudzeń. Ale gdy widzę następnego dnia te wszystkie dziewczyny zachwycone „cudowną atmosferą” i życzliwością miejscowych, wożone na skuterach przez chłopaków z wioski, to jakoś chce mi się stamtąd uciekać.
Uciekłem do Kupu kupu Garden, miejsca daleko za wsią prowadzonego przez Indonezyjczyka i Australijkę. Jestem sam – za daleko, żeby komukolwiek chciało się tam dojść a poza tym nie ma wifi a generator daje prąd tylko na 2 godziny dziennie. Kupu kupu to motyle, są przepiękne i jest ich niesamowicie dużo. Małpki rozrabiają wzdłuż rzeki. Przez całą noc ściana deszczu, która sprawia wrażenie, że za sekundę na dobre rozwali przeciekający dach. Noce w dżungli są tak głośne, że nie można spać ale ten hałas koi – nie niepokoi.
Orangutany są obłędne, trudno uwierzyć, że mamy z nimi aż 95% takich samych genów. Przez lata był tutaj prowadzony projekt dokarmiania zagrożonego gatunku, od kilku lat są już „na swoim” i dobrze im idzie. Z powodu dużej wspólnoty genów istnieje ogromne niebezpieczeństwo wszelkiego rodzaju infekcji w obie strony dlatego trzeba bardzo uważać, również dlatego, że bywają agresywne. Mój sprawdzony w wielu miejscach na świecie, w Amazonii czy na pustyniach, Nikon nie wytrzymuje warunków tutejszej dżungli i drugiego dnia odmawia współpracy. Ale dzięki temu mogę się bardziej koncentrować na tym, co mnie otacza.
Swoją drogą warunki klimatyczne na Sumatrze są ogromnie przeciążeniowe. Wszystko oblepia, należałoby się kąpać i zmieniać ciuchy co godzinę. Ale po kilku dniach człowiek przywyka do potu, wilgoci, brudu i smrodu. Natomiast nie rozumiem jednej rzeczy i nikt nie potrafi mi tego wyjaśnić, teoretycznie jest pora sucha, a praktycznie codziennie nie pada a leje i to często po parę godzin. No i to niewyobrażalne gorąco, choć noce w dżungli są chłodne.
Droga jest dla mnie zawsze najważniejszym doświadczeniem, jedynym czasem „pomiędzy”, gdy jestem uwolniony od konieczności zajmowania się różnymi sprawami. Stanowi cudowne oderwanie się od upierdliwości tego świata a jednocześnie pozwala pozostawać z nim w kontakcie nie odchodząc zbyt daleko od siebie.
Jezioro Toba jest przepiękną, gigantyczną kalderą o powierzchni 1700 km kwadratowych z wypiętrzoną pośrodku wyspą wielkości Singapuru. To tradycyjne miejsce wakacji dla mieszkańców Sumatry i obowiązkowe do zwiedzania dla obcokrajowców. Jest tu rzeczywiście pięknie i spokojnie, pewnie dlatego że już trochę po sezonie. Ika, u której jem wieczorny posiłek we wsi mówi, żebym przyszedł nie wcześniej niż o siódmej bo do szóstej ma aerobik. Jest singielką, ma 38 lat, mówi, że nie jest jej łatwo, bo zarówno tu, wśród Bataków jak i w całej Indonezji jest tak silne parcie na rodzinę, że samotna kobieta nie ma żadnej pozycji. Ale po dwóch dniach zaczyna mi się nudzić, nastrój nieco depresyjny, mało tu się dzieje oprócz tego, że wszyscy polują na turystów.
Narkotyki są tu nielegalne i za przemyt grozi kara śmierci. Ale z drugiej strony na każdym kroku proponują ci bardzo mocną marihuanę a w knajpach oficjalnie reklamują „magic mushroom” – silny środek, o którym mówią „quick ticket to the moon”.
Jawa w porównaniu z Sumatrą jest o wiele bardziej „uporządkowana”, cywilizowana, na kilkakrotnie mniejszej przestrzeni ma też kilkakrotnie więcej ludności (chyba połowę całej populacji Indonezji czyli 150 milionów). Ale też w tamtą stronę idzie większość ruchu turystycznego, tam też w przeszłości powstawały największe królestwa.
Buddyjski Borobudur zachwyca swoją zwartością. Angkor Wat w Kambodży czy Bagan w Myanmar są rozrzucone, wiele wspaniałych budowli na dużym terenie. A Borobudur w swojej architekturze i wspaniałych płaskorzeźbach jest też w jakiś sposób rozbuchany ale wszystko to jest ascetycznie zamknięte w kwadracie 123×123 metry, który wznosi się w górę aż do wielkiej stupy w kształcie dzwonu na szczycie.
Skupianie się na „tu i teraz”, na aktualnym doświadczeniu, proponowane przez wiele podejść terapeutycznych czy duchowych ma jednak sporo wad.
Niezależnie od ukrytych wzorców strukturalizujących doznania jednostki, co sprawia, że tak naprawdę nie wiadomo kto i czego doświadcza, istnieje bardzo ważne ograniczenie, które w pewien sposób podważa istotność aktualnego doświadczenia, tak podstawowego dla paradygmatu myślenia psychologii procesu czy terapii gestalt. Przykład Borobudur znakomicie pokazuje to zjawisko. Wyobraźmy sobie, że zwiedzacie ten kompleks, podziwiacie wspaniałe płaskorzeźby, wchodzicie na kolejne piętra świątyni, zachwycacie się stupami w kształcie dzwonu i „nielegalnie” próbujecie dotknąć posągi Buddy ukryte wewnątrz nich. To jest wasze aktualne doświadczenie, jednak chyba nikt, kto nie przeczytał o tym wcześniej, nie wie, że znajduje się w środku ogromnej, trójwymiarowej mandali. Aby tak się stało musiałby spojrzeć na Borobudur z lotu ptaka i wtedy wszystko stałoby się jasne. A więc z pewnego punktu widzenia można by powiedzieć, że aby pewna podstawowa informacja mogła do nas dotrzeć musielibyśmy odejść od aktualnego doświadczenia. Pozostawanie jedynie w jego sferze całkowicie uniemożliwia nam uzyskanie świadomości czegoś, co jest niezwykle istotne.
Taka sytuacja dotyczy każdego innego doświadczenia jednostki.
Hinduistyczny kompleks Prambanan robi niezwykłe wrażenie, może też dlatego, że po Borobodur trudno sobie wyobrazić, że w pobliżu może znajdować się coś równie pięknego. Ale najwspanialsze jest to, że te dwa kompleksy są od siebie odległe o może 50 kilometrów i powstały w bardzo niewielkim odstępie czasu. Dwa wspaniałe, wielkie, królestwa różnych religii harmonijnie funkcjonujące tuż obok siebie. Jest się od kogo uczyć.
Pod wieczór znajduję się na tyłach Prambanan. W odległości może kilkuset metrów zbudowano tu otwartą scenę teatralną na której wystawiają balet na motywach Ramajany. Ale to dla turystów, balet od lat jest ten sam, natomiast pomysł zbudowania teatru w tym miejscu jest genialny.