Dziennik gruziński

Tomasz Teodorczyk – Dziennik gruziński

Historia

Podróż do Gruzji była ściśle związana z zaproszeniem Agnieszki i mnie przez Megi Bibiluri z Bridge of Friendship Kartlosi z Gori. W tamtym czasie założyliśmy przy Akademii w Warszawie Fundację Forum Kontrastów (Megi była członkinią Zarządu) i staraliśmy się o granty na projekty związane z rozwiązywaniem konfliktów. Napisaliśmy znakomity, naszym zdaniem, projekt na działania w tym obszarze w Gruzji, ale ponieważ grantodawcy nie podzielili naszego entuzjazmu zdecydowaliśmy się zrobić ten projekt na własny koszt. „Młode” fundacje często znajdują się w błędnym kole, w którym znalazło się również Forum Kontrastów, instytucje przyznające granty oczekują, że fundacja wykaże się przeprowadzonymi wcześniej projektami, a na takie projekty potrzebne są zwykle granty. Z tego powodu musieliśmy naszą fundację rozwiązać po kilku latach, a wszystkie projekty szkoleniowe (Armenia, Ekwador, Gruzja, Ukraina) finansowałem ze swoich pieniędzy.
Megi i Levan zaopiekowali się nami w sposób niezwykle serdeczny, udało się też nam spędzić nieco czasu w pięknej Svanetii.

Dziennik gruziński (fragmenty)

Kraj o bardzo skomplikowanej historii i dużym braku bezpieczeństwa od czasu odzyskania niepodległości. Sąsiedztwo Rosji, która oderwała od Gruzji Abchazję i Osetię Południową oraz krótka ale niezwykle traumatyczna wojna z 2008 roku, która zostawiła głębokie ślady w psychice ludzi, sprawiają, że nigdy nie wiadomo, co się tu może zdarzyć. Trauma wojenna z tamtego czasu, z którą musimy się niespodziewanie mierzyć już pierwszego dnia naszych warsztatów w Gori polega na tym, że nikt się nie spodziewał tego, co się stało. Agresja rosyjska miała się szybko zakończyć a spowodowała falę uchodźców z rejonów przygranicznych i całkowicie nieoczekiwane bombardowania Gori – miasta urodzin Stalina – które jeszcze dzisiaj, po dziewięciu latach, śnią się wielu ludziom. Istniało ponadto kolejne duże niebezpieczeństwo – Gori leży tylko godzinę drogi od Tbilisi, tylko chwila i stolica mogłaby zostać łatwo zajęta a wtedy cała Gruzja mogłaby stać się Osetią Południową.

Trauma jest tutaj tym większa, że Gruzja to kraj silnych ludzi – na dobre i na złe. Dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet, choć oczywiście ta siła każdej płci inaczej się manifestuje. Ale okazywanie emocji nie jest tu łatwe, szczególnie tych bardziej „miękkich”.

Supra to rodzaj tutejszej biesiady, odmiana sympozjonu, gdzie się dużo i długo je oraz pije. Ważny element tutejszej kultury i obyczajowości, a także przestrzeń, w której załatwia się wszystkie biznesy. Inaczej niż u nas, gdzie „ucztuje się” lub opija dopiero po załatwieniu interesów. Gruzini mówią, że jest to rodzaj podkreślenia wagi relacji, co pozwala na łatwiejsze rozwiązywanie ewentualnych konfliktów podczas dogadywania interesów. Pewnie jest w tym coś z prawdy ale trochę nie chce mi się w to wierzyć i trąci mi to nieco manipulacją, bo równocześnie mówią, że gość (szczególnie zagraniczny) ma gorzej, bo nie zna tych co Gruzini metod utrzymywania trzeźwości. Myślę, że poza tym podczas uczty i przy alkoholu łatwiej jest przepychać siebie (i innych) przez różne progi, podejmować decyzje nie w pełni świadomie, co nieuchronnie musi powodować, że następnego dnia rano musi się pojawiać złość na siebie lub na innego uczestnika supry za konsekwencje podjętych decyzji. Moją nieufność zwiększa też historia przytoczona przez jednego z moich rozmówców. Po jednym z takich biznesowych spotkań pewien Amerykanin miał ponoć powiedzieć: „My jesteśmy superpower ale wasza suprapower jest znacznie większa”.
Chyba wolałbym zachować suprę w jej wersji sympozjonu.

Zawsze bawią mnie i zadziwiają przesunięcia geograficzno-narodowe w odniesieniu do nazw, choć przy odrobinie refleksji mechanizm tego zjawiska jest oczywisty. Karaluchy jako „prusaki” bądź „francuzy” to oczywiście kwestia kto kogo chce obrazić lub też historycznie zmiennych profrancuskich bądź proniemieckich postaw. Inny mechanizm pokazuje kto pierwszy wprowadził na przykład daną rzecz do kraju (klucz francuski). Aborygeni australijscy chcąc określić nasycenie techniką używają sformułowania „toyota dreaming” (śnienie toyoty), bo takie właśnie auto, gdy zobaczyli je po raz pierwszy, uczynili symbolem techniki. Stąd też, kiedy ktoś ma przy sobie dwie komórki, laptopa, aparat fotograficzny i kilka innych tego typu gadżetów, byłby określony przez Aborygenów jako osoba, która ma sobie wiele „toyota dreaming”. A w Gruzji orzechy włoskie nazywają się orzechy greckie.

To bardzo dziwne uczucie prowadzić zajęcia dla ludzi mówiących w języku, z którego nie tylko nic nie rozumiemy ale też nie mamy nawet żadnych skojarzeń, co dane słowo mogłoby w ogóle oznaczać. A taki jest właśnie język gruziński, przedziwny i bardzo piękny nie tylko w piśmie ale też w wymowie. Przynależy praktycznie jako jedyny (w Gruzji jest czternaście z osiemnastu dialektów z tej grupy) do kartwelskiej grupy języków zakaukaskich i wyodrębnił się prawdopodobnie w II tysiącleciu p.n.e. Alfabet gruziński jest jednym z czternastu istniejących dziś alfabetów i nie da się go porównać z żadnym innym na świecie.
W trakcie „klasycznych” elementów warsztatów nie stanowi to jeszcze tak dużego problemu, choć kontakt z uczestnikami jest utrudniony z racji na konieczność tłumaczenia ale radzimy sobie tym bardziej, że część osób mówi po rosyjsku. Ale w wypadku prowadzenia procesu grupowego, gdzie interakcje między ludźmi są szybkie i bardzo emocjonalne tłumaczenie daje radę tylko częściowo, trzeba się więc „przełączać” na sygnały niewerbalne i odczuwanie emocjonalnej atmosfery.

Kierowcy w Gruzji to osobny temat. Tak jak w wielu krajach Ameryki Południowej czy Azji na drogach zasadniczo obowiązuje reguła: racja jest zawsze po stronie większego a każdy samochód ma na jezdni bezwzględnie większe prawo niż pieszy. Tutaj występuje dodatkowo jeszcze jedna zasada – jako pieszy nie próbuj zwracać uwagi kierowcy na swoje prawa, bo narazisz się na wybuch dużej złości.

Postać Stalina w Gori – ogromny temat. Gori – miasto urodzin Wodza – to średniej wielkości, dość zaniedbane miasto leżące osiemdziesiąt kilometrów od Tbilisi, w okolicy wspaniałe Uplisciche – skalne miasto z zamierzchłej przeszłości, do którego przyjeżdżają turyści po odbyciu wizyty w głównej atrakcji Gori – Muzeum Stalina. Muzeum, które zostało otwarte w 1937 roku jest również swojego rodzaju „skalnym miastem z zamierzchłej przeszłości”, reliktem dawnych czasów. W ostatnich latach wielokrotnie miały miejsce protesty i postulaty, żeby muzeum w ogóle zamknąć lub przynajmniej uzupełnić o mniej przyjemne aspekty działalności bohatera, jednak nikt nie odważył się tego ostatecznie zrobić. Politycy musieli chyba wziąć pod uwagę starsze pokolenie, wśród którego Josef Wissarionowicz cieszy się nadal dużym szacunkiem. „Była praca dla wszystkich, kraj był potężny, każdy wiedział, co ma robić – a teraz?” – mówią. Samo muzeum jest imponującą budowlą – zamek z wielką wieżą, przed którym stoi pomnik łagodnie wyglądającego wodza; obok budynku stoi wagon, w którym podróżował (na przykład na konferencję jałtańską) bo bał się latać samolotem. Ze względów ideologicznych oglądam wszystko tylko z zewnątrz.

Ale najlepszy trick tej historii jest w innym miejscu, do muzeum prowadzi bulwar pełen kwiatów, fontann, przytulnych ławeczek, gdzie mieszkańcy chętnie przychodzą z dziećmi, żeby się bawić, jeść i spotykać wieczorem ze znajomymi. Bo też w tym nieco zaniedbanym mieście, gdzie dominuje styl lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku jest to bez wątpienia jedna z najładniejszych jego części. Atmosfera pikniku, miłe miejsce, do którego ludzie wracają, żeby spotkać się z przyjaciółmi, odbyć randkę, czy po prostu posiedzieć z braku lepszych atrakcji. Jest też mały „domek szewca”, ojca Stalina, specjalnie zakonserwowany, gdzie narodziło się Słoneczko Wszechrosji. Wszystko tchnie łagodnością i dobrocią tego człowieka. Tak jak w tym żarcie o Stalinie, który potrącony przez dziecko tylko się uśmiechnął i pogroził palcem.
A mógłby przecież zabić!

Dramatyczna jest rozbieżność młode – starsze kobiety. Te młode w ogromnej większości próbują eksponować przez ubiór i zachowanie swoją seksualność – wszystko jest tu nakierowane na zainteresowanie sobą mężczyzn. Z kolei starsze kobiety dokładnie przy użyciu tych samych środków wysyłają komunikat o swojej mizerii, bezwartościowości, deprecjacji i często braku nadziei na satysfakcjonujące w tej sferze życie.
I tak też są często traktowane.

W Ukrainie grupa oligarchów ma ogromny wpływ na to, co dzieje się w kraju, w Gruzji mówi się, że krajem rządzi praktycznie jeden człowiek – Bidzina Ivanishvili, miliarder, który dorobił się, jak wielu innych po upadku ZSRR, aktualnie nie sprawujący żadnej funkcji państwowej. Ma ogromnego sojusznika w postaci głowy tutejszego Kościoła, Eliasza II, który ma również bardzo duży wpływ na życie społeczne i polityczne. Kościół jest tu potęgą, ma nawet własną flagę. Gruzini są dumni, że jest autokefalią, to znaczy, że jego głowa nie podlega żadnej zewnętrznej władzy.
Kwestia władzy i bogactwa Kościoła jest dla mnie zawsze bulwersująca w każdym kraju ale w Gruzji najbardziej poruszyła mnie sytuacja, której doświadczyłem w Mcchecie. W tutejszej wspaniałej cerkwi pochodzącej z XI wieku odbywała się jakaś duża uroczystość poświęcona pewnej ważnej świętej. Na ceremonii był obecny jeden z biskupów, oczywiście pilnowany w cerkwi przez gromadę swoich ochroniarzy. W jakiś czas po zakończeniu uroczystości znaleźliśmy się ponownie w tamtych okolicach i zobaczyłem jak wyjeżdża z terenu cerkwi. Najpierw spostrzegłem kolumnę wypasionych Lexusów ale jechali nimi … ochroniarze, natomiast biskup jechał najnowszym Maybachem. Takiego Maybacha widziałem po raz pierwszy w życiu, choć sporo jeżdżę po świecie; kiedy opowiadałem tę historię znajomym Gruzinom, a oni sprawdzali ile kosztuje taki Maybach, zwykle zapadała znacząca cisza.

Podróże kształcą, również psychoterapeutów zawodowo – odkrywam nowy, nieznany mi dotąd mechanizm obronny. Jesteśmy w przepięknej Svanetii, wysoki Kaukaz, nieprawdopodobne widoki. Kupujemy bilet na marszrutkę do Borjomi, kobieta sprzedaje nam bilet ale, o czym dowiadujemy się przypadkowo za kilka godzin, nie informuje nas, że to nie jest marszrutka do Borjomi, tylko trzeba się będzie przesiąść w innej miejscowości, wziąć drugą, i dopiero ona zawiezie nas do Borjomi. Sprawa jest jasna, chodziło o to żeby sprzedać ten bilet (cena jest za cały kurs do końcowego miasta), gdybyśmy wiedzieli o tej komplikacji może poszukalibyśmy innego rozwiązania. Wracamy do biura następnego dnia i zadaję kobiecie tylko jedno pytanie: dlaczego nie powiedziała nam o tym wszystkim. I natychmiast dowiaduję się (ponieważ zbijam kolejne argumenty, pojawiają się następne), że:

  1. ależ ona nam powiedziała dokładnie o wszystkim
  2. nie powiedziała nam o przesiadce, bo przecież wszyscy wiedzą, że nie kursują bezpośrednie autobusy do Borjomi
  3. to żadna sprawa, po prostu przesiadamy się do innego i tyle, po co robię aferę z niczego
  4. jestem uczciwą kobietą, mam dosyć oskarżeń, proszę, zwracam pieniądze i koniec, nie chce się więcej denerwować.
    Póki co słyszę doskonale mi znane mechanizmy obronne ale gdy to wszystko na mnie nie działa pojawia się coś, czego nie wymyślił dotąd żaden psycholog i szczęka mi opada:
  5. Nie powiedziałam, to prawda, ale miałam to w swoim sercu!

No i czegoś się nauczyłem, choć nie wiem czy będę to stosował, no może w ostateczności.

Jeżeli myślę sobie o tym świecie, tak sine ira et studio, bez złudzeń ale też bez niepotrzebnych rozczarowań i resentymentów, kiedy myślę o świecie wielkiej i lokalnej polityki, układów, które ludzi wynoszą lub strącają na dno, świecie korporacji, konsumpcji, głupoty, stereotypów, ale przede wszystkim o świecie „poniżej zera” – świecie nędzy, głodu, terroru, wojen, tortur itp., to myślę, że nie chce mi się ani tu być ani tego wspierać ani też w jakikolwiek sposób w tym uczestniczyć. W tym miejscu droga możliwego postępowania rozgałęzia się na pustelnika, samobójcę i ideologa/tyrana/terrorystę („ja zmienię ten świat na lepsze”). Byłem już po parę razy w każdym z tych miejsc, obecnie odnajduję w sobie coś, co nazwałbym chyba melancholijnym mechanizmem eutanazji psychicznej.

W tym kontekście, gdy słucham stwierdzeń rożnego autoramentu, New Age’u ale też niektórych koncepcji psychologicznych z psychologią procesu włącznie, że świat ma dokładnie takie problemy jakie ma mieć, to myślę, że ci ludzie nie wiedzą o czym mówią.