Dziennik ekwadorski

Tomasz Teodorczyk – Dziennik ekwadorski

Historia

Ten wyjazd był zupełnie inny niż wszystkie dotychczasowe, bo zasadniczo cały czas mieszkałem w jednym miejscu, w Quito, z przerwami na projektowe wyjazdy w teren z członkami CEDHU, organizacji, która mnie zaprosiła i dla której prowadziłem zajęcia. Pierwszy raz poznałem ich trzynaście lat wcześniej, ale ze starego zespołu pozostało jedynie kilka osób. Początkowo miałem jedynie prowadzić dla nich warsztaty, superwizować ich działalność i odbywać fakultatywne indywidualne konsultacje, wyobrażałem sobie, że będę miał sporo czasu na odwiedzenie miejsc, do których nie udało mi się dotrzeć podczas poprzednich podróży po Ekwadorze. Nic z tych rzeczy, bardzo szybko przypomniało mi się, że w czasie dwóch wcześniejszych wizyt chciałem przeprowadzić duży wywiad z Elsie Monge, dyrektorkę zarządzającą CEDHU, której niezwykle ciekawym i bogatym życiem można by obdzielić kilka osób. Wtedy nie chciała się na to zgodzić, ale tym razem mój upór ją przekonał i rozpoczęliśmy wielogodzinne rozmowy, które nagrywałem, transkrybowałem i tłumaczyłem na polski. Prawdę mówiąc pracy było tak dużo, że miałem wypełnione całe dnie i noce, a i tak myślałem, że nie uda się tego skończyć. Ale czułem się świetnie, dobry nastrój popsuł mi się dopiero po powrocie do Polski, gdy próbowałem znaleźć wydawcę dla tego tekstu, ale to już inna historia, która opisałem w samej książce.

Dziennik ekwadorski (fragmenty)

Quito leży na wysokości 2850 metrów n.p.m., co nie byłoby zasadniczo problemem, gdyby nie to, że wylądowałem tutaj po dwudziestu kilku godzinach podróży z poziomu morza. Entuzjazm związany z nowym/starym miejscem sprawia, że zapominam, by to uwzględnić. Ale gdy po 12 godzinach snu idę na pierwszy spacer po mieście, już po pierwszych kilku godzinach wysokość wraz z niezintegrowanym jeszcze jet lagiem sprawia, że wraz z narastającym zmęczeniem i bólem głowy staję się coraz mniej przytomny.

O tym, że należy pamiętać o wysokości, przypomina wiele informacji; na przykład na opakowaniu makaronu znajduję wiadomość, że w górach należy go gotować dwie minuty dłużej (tj. o 25%) niż na wybrzeżu. Bardzo mi się podoba taka przypominajka, jednak przychodzi też refleksja, dlaczego tak rzadko stosujemy podobne podejście wobec ludzi – oni też przecież wymagają rożnego podejścia w zależności od okoliczności.

Przyleciałem do Quito zaraz po wprowadzeniu stanu wyjątkowego; powodem jego wprowadzenia były zamieszki i zabójstwa związane z wojnami gangów narkotykowych (po osłabieniu pozycji kolumbijskich karteli jednym z głównych szlaków przemytu stał się Ekwador), przejmowanie więzień przez osadzonych tam kryminalistów i terrorystyczne ataki na stacje telewizyjne. W stolicy nie jest to aż tak bardzo odczuwalne, choć wszędzie widać dużo policji i wojska. Wprowadzono godzinę policyjną i zdecydowanie nie jest bezpiecznie odwiedzać uboższe dzielnice czy niektóre parki w Quito. Dużo gorzej dzieje się w głębi kraju, na południu w Guayaquil czy w prowincji Esmeraldas, która leży na granicy z Kolumbią – tam stacjonuje w miastach wojsko z ciężkim sprzętem, a kontrole drogowe i inne są na porządku dziennym.

Ekwador jest dość biednym krajem (czwarte miejsce od końca w Ameryce Południowej, jeśli chodzi o dochód na głowę mieszkańca), ale może właśnie z tego powodu ludzie dbają tutaj nie tylko o innych ludzi, lecz także o wszystkie istoty, które cierpią z powodu ciężkiej sytuacji życiowej.

Podczas spaceru napotykam budy dla bezdomnych psów postawione w bardzo reprezentacyjnym Parku Carolina w Quito. Są bardzo solidne, a obok nich można zobaczyć pojemniki z wodą i karmą. Spotykam się z czymś takim po raz pierwszy, nie widziałem tego gdzie indziej na świecie i muszę przyznać, że bardzo mnie to porusza. Nie wiem, czy mają w Ekwadorze schroniska dla bezdomnych psów, jednak pomysł, że zwierzę może pozostawać na wolności, ale być w swojej bezdomności wspierane, przemawia do mnie znacznie bardziej.

A na lotnisku w Quito jest specjalna toaleta dla psów, gdzie zamontowano nawet atrapę hydrantu, żeby mogły ją bezproblemowo obsikać.

Na terenach między Buenos Aires a Esmeraldas żyją jeszcze społeczności bez kontaktu ze światem współczesnym. W dużej mierze wynika to z istnienia na tym obszarze pierwotnej, prawie niedostępnej dżungli, ponadto teren bardzo gwałtownie opada na dystansie nie więcej niż stu kilometrów – z 2600 metrów n.p.m. w Buenos Aires do poziomu morza.

Coraz lepiej znam Quito, to naprawdę piękne i fascynujące miasto, czuję się w nim już jak u siebie, choć wiem, że to tylko iluzja. Obserwuję ludzi wykonujących codzienne czynności, ja niby też mam swoje, ale wiem, że choć z zewnątrz wyglądają podobnie, to w istocie są czymś zupełnie innym. Nigdy nie będę stąd, nawet gdybym tu mieszkał przez rok lub dłużej; nie widziałem jak to miasto wyglądało, gdy nie było jeszcze tylu pięknych budowli. Nie było mnie tu, gdy Febres-Cordero prześladował studentów z Alfaro Vive, nie widziałem, jak wyglądało miejsce, w którym za jakiś czas powstanie Park Carolina, i nie obserwowałem budowy kolejki linowej na pobliski masyw Pichincha. Nie mam z tym miastem wspólnej historii i nie mam już czasu, żeby ją z nim zbudować. Mogę być tutaj jedynie gorzej lub lepiej zorientowanym turystą. Podobnie jest, od pewnego wieku, z relacjami w życiu. Może dlatego starsi ludzie tak często mają w domu zwierzęta, bo wiedzą, że jest to jedyna szansa na zbudowanie pełnej, od początku do końca, wspólnej historii. Z nikim, z niczym więcej nie jest to już wtedy możliwe.

Z organizacjami pozarządowymi we wszystkich krajach, w których pracowałem, zawsze jest ten sam problem: mam do czynienia ze społecznymi aktywistami, więc z oczywistymi marzeniami o zmianie, która musi oznaczać rozwiązanie konfliktów społecznych, bo jeśli będą nierozwiązane, dają negatywne efekty w postaci przemocy, niesprawiedliwości i łamania praw człowieka. Ale nie można rozwiązać żadnego konfliktu, poprzestając na społecznym aktywizmie, bo pracować z konfliktem można dopiero, gdy przechodzi się do roli facylitatora. Jest też pewnym paradoksem, że jeśli chcemy zlikwidować przemoc i jej negatywne konsekwencje, to pozostając jedynie w pozycji społecznego aktywizmu, strzelamy sobie w oba kolana – jeżeli nie zajmujemy się konfliktem, powodujemy jego eskalację, a to właśnie eskalacja konfliktu skutkuje przemocą i wszystkimi tymi negatywnymi rzeczami, które społeczny aktywizm chce wyeliminować. Oczywiście, bycie facylitatorem jest bardzo trudne, a przejście ze społecznego aktywizmu do facylitacji – prawie niemożliwe, gdyż opiera się na zupełnie innych przekonaniach. Działając z pozycji społecznego aktywizmu wiemy, kto ma rację, a kto nie, i w związku z tym podejmujemy aktywności wynikające z tego przekonania. Przejście do facylitacji musiałoby być oparte na prawdziwym i głębokim zrezygnowaniu z myślenia w tych kategoriach i zajęciu się wyłącznie komunikacją między stronami. Ale problem pojawia się też gdzie indziej.

Pewien brazylijski biskup powiedział: „Jeśli daję biednym chleb, mówią o mnie, że jestem święty, ale gdy pytam, dlaczego biedni nie mają chleba, mówią, że jestem komunistą”. Otóż, wygląda na to, że aktywiści społeczni nie tylko zazwyczaj nie mają postawy i umiejętności facylitacyjnych, ale też chyba wolą być świętymi niż komunistami. A poza tym wygląda na to, że świat nie oczekuje od nich niczego więcej poza świętością. Jest też kłopotliwa kwestia zarabiania pieniędzy na społecznym aktywizmie, którego działania negatywnie oceniał już ponad sto lat temu Oskar Wilde, twierdząc, że działacze społeczni postępują w sposób wyjątkowo niemoralny, zło świata stworzonego przez system kapitalistyczny próbując łagodzić za pomocą kapitalistycznych pieniędzy.
Błędne koło i to niejedno.

W wielu organizacjach pozarządowych na świecie, walczących o ważne społeczne cele, można zaobserwować mniej lub bardziej jawną i bardzo trudną do rozwiązania rozbieżność. Z jednej strony, są zwolennicy „starej szkoły” opartej na poświęcaniu się członków organizacji i nieczerpaniu specjalnych zysków z działalności. Z drugiej zaś, i często dotyczy to działaczy młodszego pokolenia, którzy doceniając niegdysiejszych działaczy i nie chcąc ich zranić, zdają sobie sprawę, że bycie idealistą/idealistką w dawnym stylu nie jest w dzisiejszym świecie możliwe, a organizacje pozarządowe, aby przetrwać, muszą przekształcić się w nowocześnie zarządzane struktury.
Często dramatyczne napięcia pomiędzy członkami zespołów są znakiem czasów, w których żyjemy.
A w tle słowa Hanny Arendt: „Smutny jest los bohaterów, którzy nie umarli heroiczną śmiercią”.
Akurat CEDHU radzi sobie z tym problemem całkiem nieźle.

Muzeum Oswalda Guayasamina nadal zachwyca, to chyba najbardziej znany artysta ekwadorski, ale i tak mało kto w Europie o nim słyszał. Byłem tam 12 lat temu, więc szedłem teraz bez mapy, zupełnie nie rozpoznając okolicy, cały czas pod górę do dzielnicy Bellavista. Ulica została obudowana nowoczesnymi, ładnymi apartamentowcami, których wcześniej nie było. Już wydawało mi się, że pomyliłem drogę, gdy nagle pstryk! i wróciła cała pamięć, bo na przestrzeni stu metrów znalazłem się pośród takich zabudowań, jakie zostały mi pod powiekami 12 lat temu: niska zabudowa, małe stare domki przypominające raczej przedmieścia. Panuje tu też oczywiście inna atmosfera niż w centralnych dzielnicach Quito. Gdy chowając się przed ulewą, siadam na schodkach przed wejściem do małego butiku, w którym sprzedają podobno oryginalne grafiki i obrazy Guayasamina, właścicielka od razu zaprasza mnie do środka i przynosi kawę. A na końcu, tuż przy samym lesie, znajduje się duży obszar samego muzeum z niezwykłymi dziełami sztuki. Wspaniałe przeżycie, oglądam raz jeszcze oryginały Niña llorando czy Quito gris, których kopie mamy w domu.

Biorę udział w Marszu Kobiet w Quito; wielotysięczny tłum z ogromną liczbą niezwykle kreatywnych transparentów schodzi się z różnych miejsc zbiórki w całym mieście na główną arterię. Jest moc, ale poprzez panującą radość i poczucie zabawy wyraźnie przebija dużo większa wściekłość niż na podobnych demonstracjach w Europie. Nie ma w tym nic dziwnego, w Ekwadorze machismo nadal ma się dobrze.
Ale kilka dni później gigantyczna wielkopiątkowa procesja w Quito w zestawieniu z Marszem Kobiet z ósmego marca jasno pokazuje, kto tu rządzi. Zaczyna się na Placu Świętego Franciszka i okrąża całe Stare Miasto, żeby powrócić w to samo miejsce. Atmosfera jest trochę bardziej rozluźniona, przynajmniej na początku, muzyka bardziej marszowa niż religijna, nie widać też jakiejś wyjątkowej powagi i oznak cierpienia. Oczywiście wszędzie wojsko i policja. Czyżby obawiali się jakiegoś ataku? Na placu wznoszone są okrzyki: „Niech żyje Jezus!”, co zważywszy na powód uroczystości, wydaje się nie w pełni adekwatne.
Ale ta trochę inna niż w Europie atmosfera wynika z faktu, że ścierają się tu religia katolicka z rdzennymi tradycjami; akurat w tym czasie mamy również żniwa, które wprowadzają do uroczystości nieco inne klimaty. Wielka Niedziela jest tu jednym wielkim bankietem nie tylko z uwagi na katolickie święto.

Powroty są przynajmniej tak samo ciekawe jak wyjazdy, są ich weryfikacją. Sprawdzają, na ile wyjazd miał sens. Można oczywiście myśleć o wyjeździe jako o przerywniku, wyizolowanym elemencie, ścieżce obok drogi, ale można też myśleć o nim jako o samej drodze. Wtedy powrót jest sprawdzeniem, co się zmieniło, jak my się przez ten wyjazd zmieniliśmy, jaką nową percepcję, perspektywę on przyniósł. Bo jeśli wszystko pozostało takie samo jak wcześniej, to po co było wyjeżdżać? Chyba że traktujemy wyjazdy jako potwierdzenie tego, kim jesteśmy; wtedy pełnią one inną funkcję, mają zanegować inność i zmianę, żeby afirmować już obecną tożsamość. Wówczas jednak są tylko mechanizmem obronnym chroniącym nas przed zmianą, co oznacza, że czujemy potrzebę zmiany, ale jest ona zbyt trudna, więc musimy się cofnąć i iluzorycznie się utwierdzić, że nasza aktualna tożsamość jest jedyną sensowną.