Czy zastanawialiście się co właściwie oznacza „smutek spełnionych baśni”?
Istnieje wiele różnych powiedzeń wyrażających tę myśl:

Pamiętaj, że nieotrzymanie tego co pragniesz jest czasami cudownym zrządzeniem losu.
Post coitum omne animal triste.
Jeśli bóg chce ukarać człowieka, spełnia jego marzenia.

I wiele podobnych, jednak jaki jest sens tych refleksji, bo przecież można by myśleć zupełnie odwrotnie – wszak wszyscy podejmując wyzwania dążymy do ich spełnienia. Większość z nas zapewne chciałaby, dokonując rozrachunku na koniec życia, mieć poczucie dokończenia różnych życiowych projektów i zrealizowania tego, co sobie zaplanowaliśmy. I przecież staramy się mozolnie pracować na takie poczucie przez wszystkie lata sądząc, że umrzemy wtedy szczęśliwi.
Czy w takim razie mówiąc o smutku spełnionych baśni mamy do czynienia z jakaś przewrotnością ludzkiej natury, paradoksem psychiki czy też defektem pewnego typu jednostek nie umiejących się cieszyć swoimi osiągnięciami i wiecznie niezadowolonymi ze swoich dokonań? A może w tych zdaniach przejawia się archetypowy trickster ukazujący niemożność osiągnięcia szczęścia w życiu?
Psychologicznie mogłoby to być efektem działania naszego krytyka wewnętrznego pokazującego nam, że choć wprawdzie coś osiągnęliśmy, jednak nie jest to nic szczególnego z czego można byłoby się cieszyć i wpychającego nas w stałą frustrację poprzez domaganie się, żebyśmy nieustannie dążyli by sięgać po dużo więcej.
Zobaczmy jednak co jeszcze może się kryć w poszczególnych wersjach głównej sentencji.

W sformułowaniu o smutku spełnionych baśni jest również zawarta refleksja, że to spełnienie jest „baśniowe”, bo życie nie jest takie, smutek więc brałby się z poczucia, że życie to nie bajka.
Mówienie o „cudownym zrządzeniu losu” niespełnień zdaje się wskazywać, że coś, co wydaje się dla nas dobre niekoniecznie może się takim okazać w dłuższej perspektywie.
Z kolei „boska kara” spełniająca nasze marzenia może być rozpatrywana jako przywołanie człowieka do porządku, żeby wiedziony prometejską tęsknotą nie próbował dorównać bogom.
Natomiast smutek po spełnionym seksie mógłby antycypować nieuchronne nadejście trudności i złych dni w dalszym przebiegu relacji.

Jak widać pakiet refleksji nad conditio humana zawarty w tych sentencjach jest całkiem pokaźny i różnorodny, zapewne każda myśl zawiera istotny namysł dotyczący ludzkiego życia.
Sądzę jednak, że na dnie tych rozważań możemy odnaleźć głębszą refleksję odnoszącą się do dylematu lekkości lub ciężaru życia oraz dwóch rodzajów mechanizmów obronnych w obliczu nieuchronności śmierci.
Zwykle myśląc o procesie życiowym widzimy na jego początku lekkie i niefrasobliwe, ale nieświadome dziecko, które, miejmy nadzieję, z czasem stanie się dojrzałym człowiekiem, dążącym do osiągnięcia ważnych życiowych (lub duchowych) celów, zdolnym do zostawienia po sobie czegoś trwałego, co nada jego życiu sens, chroniąc go przed poczuciem na łożu śmierci, że przepieprzył swoje życie, nic nie osiągnął itp.
Jednak tego typu zagrożenie nieustannie towarzyszy człowiekowi co sprawia, że szuka on (lub nadaje) coraz to nowych sensów, albo też popada w przewrotne memento mori zawarte w poniższym żarcie.

Umiera patriarcha rodu, otacza go tłum rodziny, krewnych i znajomych, bo był dobrym człowiekiem i dbał o wszystkich.
Patriarcha czując zbliżającą się śmierć, podnosi się na łóżku i zwraca się do zgromadzonych:
„Przez całe życie opiekowałem się wami i dbałem o was z myślą, że gdy będę umierał, znajdzie się koło mnie ktoś, kto poda mi szklankę wody. Tylko … tylko, że jakoś mi się teraz pić nie chce!”

Patrząc z tej perspektywy rzeczywiście „spełnienie baśni” nie jawi się jako coś specjalnie atrakcyjnego – jest być może chwalebnym przejściem na emeryturę życiową, jednak nic już wtedy nie pozostaje do zrobienia poza czekaniem na śmierć.

Inne podejście do tego zagadnienia reprezentuje Zhuang-zi, podkreśla on dużo większą wartość niedojrzałości, potencjalności, niedopełnienia.

„Z jakiego powodu mielibyśmy wielbić człowieka dojrzałego? Przychodząc ma świat, człowiek jest elastyczny i słaby, umiera, gdy stał się silny i sztywny. Kiedy drzewa pojawiają się na ziemi, są giętkie i miękkie, kiedy są suche i twarde – giną. W życiu liczy się to, co nieukończone, co dopiero się wykluwa i nie jest jeszcze ukształtowane, lecz kryje już w sobie przyszłe bogactwo, swój własny wzrost, miękkie członki niemowlęcia, których potencjał i możliwości są nieskończone.” (za P. Citati)

Podobnie mówi Kenkō w Zapiskach dla zabicia czasu:

„Doprowadzenie dzieła do samego końca nie jest wskazane, a dotyczy to wielu rzeczy. Pozostawiając je w stanie niedokończonym, dajemy dziełu swobodę i mamy wrażenie, jakby przedłużano mu życie. Ponoć nawet przy budowie pałacu cesarskiego zostawia się specjalnie jakiś fragment niedokończony.”

Oprócz filozoficznej postawy kryje się w tym podejściu również pewien mechanizm obronny – żywe jest to, co niedokończone, starajmy się więc żyć nieustanną wersją zwaną work in progress. A może to właśnie jest droga do nieśmiertelności?

No cóż, koniec jest jeden, ale wcześniej mamy do wyboru różne możliwości – wprawdzie wszystkie iluzyjne, ale jednak.

Eligo ergo sum.