Przyśnił mi się dzisiaj dziwny sen. Wracam do domu tym samym, co zwykle autobusem, to trasa, którą dobrze znam, ale w pewnym momencie orientuję się, że pomimo licznych podobieństw, nie rozpoznaję miejsc, przez które przejeżdżam. Wysiadam na placu, który mi coś przypomina, ale to jednak nie ten, chodzę po nim bezradnie, gdy nagle wpada mi do głowy myśl, że w jakimś innym śnie byłem już tutaj z A. i szukaliśmy stąd przejścia na Stare Miasto. Oddycham z ulgą i zaczynam szukać tego pasażu, pamiętam, że był bardzo trudny do odnalezienia.

Po krótkim kręceniu się dookoła, jakiś niewyraźny facet z grupą kolegów pokazują mi drogę, to wąska ścieżka prowadząca wzdłuż małego mostku, trzeba się przeciskać między drzewami. Oni idą cały czas za mną, trochę mnie to niepokoi, bo okolica staje się bezludna, ale tylko przyspieszam kroku. Teraz sobie przypominam – zaraz będzie drewniana kładka wzdłuż muru, ale okazuje się, że chyba byliśmy tutaj bardzo dawno, bo pozostałości drewna są zbutwiałe i trzeba przeskakiwać w powietrzu chwytając się gałęzi drzew lub opierając na resztach konstrukcji. Wreszcie znajduję się na stałym gruncie, okolica jest niepokojąca, ale dobrze pamiętam tę trasę i choć pełna jest dziwnych zakamarków bez trudności odnajduję drogę.

Trafiam na rozległy plac, trochę się gubię, jednak po chwili przypominam sobie, jak A. wskazała małą kawiarnię na rogu, za którą znajduje się przystanek znanego nam autobusu. Idę tam, kupuje bilet w budce i czekam aż nadjedzie.

Rozbudzam się powoli, za oknem jest jeszcze szaro, leniwie przepatruję senne obrazy i przychodzi do mnie ponownie dobrze znana mi obsesja.

Od dawna co jakiś czas próbuję odnaleźć w Stu latach samotności Marqueza pewien fragment, co do którego jestem pewien, że się tam znajduje, jednak nigdy nie udaje mi się go odszukać. Kiedyś moja obsesja kazała mi czytać tę książkę niemal bezustannie, nieco później, gdy wydawało mi się, że tracę rozum, osłabła sprawiając, że sięgałem po nią z mniejszą częstotliwością, jednak nigdy odstępy pomiędzy kolejnymi próbami nie były zbyt długie.

Wielokrotnie zastanawiałem się, gdzie popełniam błąd, może czytam zbyt nieuważnie? – myślałem, dlatego każde następne podejście czyniłem wolniejszym, ale jedynym efektem stało się, że znam tę książkę prawie na pamięć. Rozważałem możliwość, że ów fragment znajduje się w innej książce Marqueza, jednak w żadnej z nich go nie odnalazłem. A może to historia z twórczości innego autora? – wszak czytam dość dużo i z łatwością mogły by mi się zbić różne opowieści. Odrzuciłem tę hipotezę, bo znam dobrze jego styl pisania, a poza tym ten fragment jest nieodzownym elementem historii Aureliano Buendia.

Pojawiła się też myśl, że może czytałem egzemplarz z dodatkiem, jakąś pierwszą wersję, z której autor potem zrezygnował, albo tę książkę w innym języku, gdzie tłumacz poprzez swą nieudolność lub nadmiar twórczej gorliwości źle przełożył lub dodał ten element.

A może to ja sam dopisałem tę historię w swojej głowie?

Oprócz tego funkcjonuję całkiem dobrze, jedynie w tamtych momentach chodzę napełniony bezlitosną rozpaczą po pustym domu próbując rozwiązać dręczącą mnie tajemnicę.

Nie wiem jak to się wszystko skończy, wciąż nie wierzę w swoje szaleństwo, w miasta zwierciadlanych miraży ani w to, że odcyfrowywanie pergaminów i wszystkiego, co w nich spisano, niepowtarzalne jest od wieków i na wieki.