Jedyna walka, którą przegrywasz, to ta, którą porzucasz.
Elsie Monge w rozmowie z Tomaszem Teodorczykiem

Metryka

Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe Scholar

Format: papier, e-book

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 244

Motto książki

Najlepszą metodą na podtrzymanie nadziei jest działanie.

Motto Kongresu Międzynarodowej Organizacji Praw Człowieka, Paryż 2023

Spis treści

Przedmowa
Tomasz Teodorczyk — 7

Początki — 11

Panama – punkt zwrotny — 60

Powrót do Ekwadoru, powstanie i rozwój CEDHU — 90

Lata walki — 134

Działalność CEDHU po 1990 roku — 166

Co dalej? — 203

Ekwador – nierówna walka o prawa człowieka i natury
Tomasz Teodorczyk — 209

Dziennik ekwadorski (fragmenty)
Tomasz Teodorczyk — 225

Historia

Ekwador jest niewielkim, stosunkowo biednym krajem i mało kto się nim interesuje. Nie ma tutaj wybitnych i powszechnie znanych piłkarzy, artystów, pisarzy. Kraj ten jest pomijany nawet w telewizyjnej prognozie pogody dla Ameryki Południowej. Ale poza wyjątkowo pięknymi i różnorodnymi warunkami naturalnymi działo się tu i dzieje nadal bardzo dużo ciekawych rzeczy. Przykład? Ekwador jako jedno z nielicznych państw ma w swojej konstytucji zapis o konieczności poszanowania praw środowiska naturalnego. Społeczeństwo i organizacje praw człowieka są znane ze swej bezkompromisowej walki o zachowanie tego środowiska w nienaruszonym stanie. Głośne i ciągnące się latami, lecz zakończone ostatecznym sukcesem za pomocą referendum, akcje dotyczące zablokowania eksploatacji pól naftowych w Narodowych Parkach czy też niedopuszczanie do powstawania kopalń tam, gdzie żyją społeczności rdzenne, dowodzą, że nawet biedne społeczeństwo może świadomie ograniczyć wydobywanie surowców, których eksploatacja zakończyłaby się dewastacją środowiska naturalnego.

Kobieta, której podobiznę widzicie na okładce, nazywa się Elsie Monge. Jest od wielu lat dyrektorką zarządzającą CEDHU (La Comisión Ecuménica de Derechos Humanos – Ekumeniczna Komisja Praw Człowieka) i ikoną ruchu obrony praw człowieka nie tylko w Ekwadorze, lecz również w całej Ameryce Łacińskiej. Elsie to misjonarka, jedna z sióstr ze zgromadzenia Maryknoll*; miała tak bogate życie, że można by nim bez trudu obdzielić kilka osób. Odbywała misje w Gwatemali i Panamie w niezwykle niebezpiecznych czasach, rozwijała ruch obrony praw człowieka w okresie dyktatury w Ekwadorze i innych krajach, a w ostatnich latach pełniła wiele odpowiedzialnych funkcji w międzynarodowych organizacjach praw człowieka. Trudno wymienić wszystkie jej dokonania, ale może wystarczy fakt, że w 2005 roku była nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla. Elsie, mimo że w tym roku (2024) kończy 91 lat, jest osobą o niezwykłej energii, bardzo sprawną zarówno intelektualnie, jak i fizycznie.

Książka, którą trzymacie w ręku, ma swój początek w 2011 roku, kiedy przyjechaliśmy z Agnieszką Wróblewską do Ekwadoru po raz pierwszy, wtedy jeszcze wyłącznie jako turyści. Spacerując uliczkami Ibarry, miasta w północnej części kraju, zauważyliśmy szyld FEDHU (Frente Ecuatoriano de Derechos Humanos – Ekwadorski Front Praw Człowieka). Weszliśmy tam, żeby porozmawiać – szybko powstał wspólny pomysł, by przyjechać tu wkrótce ponownie z cyklem zajęć wspomagających pracę tej organizacji. Powiedziano nam, że skoro stąd jedziemy do Quito, to koniecznie musimy odwiedzić CEDHU i spotkać się z Elsie Monge. Tak też się stało. Elsie również była zainteresowana współpracą, więc powróciliśmy w następnym roku z zajęciami zarówno w Ibarrze dla FEDHU, jak i w Quito dla CEDHU. Oboje zainteresowaliśmy się postacią Elsie, jej otwartością, sposobem traktowania ludzi i historiami z jej życia, o których nam trochę opowiedziała. Tamten okres w Ekwadorze był początkiem społecznej walki o zachowanie w stanie nienaruszonym Narodowego Parku Yasuni, w którym właśnie odkryto wielkie zasoby ropy, chodziliśmy więc razem na demonstracje i spotkania różnych organizacji próbujących nie dopuścić do eksploatacji pól naftowych. Wtedy po raz pierwszy zrodziła się u nas myśl, żeby namówić Elsie do spisania wspomnień z jej niezwykle ciekawego życia. Miały one przyjąć formę wywiadu, który chcieliśmy z nią przeprowadzić. Niestety, nie zgodziła się na naszą propozycję. W styczniu 2024 roku przyjechałem do Quito na dłużej, aby ponownie poprowadzić zajęcia i wesprzeć psychologicznie działalność CEDHU. Na pierwszym spotkaniu zespołu zażartowałem sobie, że poprzednim razem wprawdzie nie udało nam się skłonić Elsie do spisania wspomnień, ale tym razem tak łatwo się nie poddam. No i w końcu się udało.

Nasze wielogodzinne rozmowy prowadzone po angielsku nagrywałem, transkrybowałem, a następnie dokonałem tłumaczenia na język polski. W ostatecznym tekście starałem się przede wszystkim zachować ich klimat i styl, często dość kolokwialny. Nie zależało mi na wyczyszczeniu go ze wszystkich wahań, zastanowień, powtórzeń i niedociągnięć. Ingerowałem w tekst jedynie wtedy, gdy stawał się on nie do końca zrozumiały. Chcieliśmy, żeby powstał prawdziwy dokument przedstawiający życie i działalność Elsie, a nie dopracowany w szczegółach i interpretacjach przekrój historii Ekwadoru czy innych krajów Ameryki Łacińskiej, w których Elsie również działała.

Pozostaje mi mieć nadzieję, że jej życie Państwa zainteresuje.

Tomasz Teodorczyk

Quito–Warszawa, styczeń–czerwiec 2024 rok

 

* Siostry Maryknoll – katolicki instytut religijny założony w 1912 roku w Ossining (hrabstwo Westchester, New York) przez Matkę Mary Joseph Rogers, w sześć miesięcy po założeniu wspólnoty misyjnej Ojców i Braci Maryknoll. Pierwsza grupa sióstr rozpoczęła pracę w 1914 roku w Los Angeles i Seattle z dziećmi japońskich imigrantów, a od 1920 roku podjęły się misyjnej działalności zagranicznej.

 

Elementami książki stały się również: mój artykuł o działalności CEDHU wraz z kilkoma krótkimi wywiadami z jej pracowniczkami oraz fragmenty mojego Dziennika ekwadorskiego.

Fragment książki

T.T. Wracając na moment do poprzedniej kwestii… Stawiając granice działania ku zmianie w miejscu stosowania przemocy…

E.M. Kwestii przemocy nie da się rozwiązać poprzez używanie przemocy.

…jesteście w linii genealogicznej myślenia Mahatmy Gandhiego.

Oczywiście.

I, jak sądzę, silnie wierzycie, że jest to jedyna droga do osiągnięcia zmiany.

No bo to działa. Oczywiście oznacza długą walkę, ale, wprawdzie w różnym stopniu, przyniosło efekty w wielu miejscach na świecie. Lecz jak mówiłam, sądzę, że walka o sprawiedliwość i równość polega na stopniowym wywalczaniu sobie tych praw.

Problem polega na tym, że właśnie takie działania nie przynoszą spodziewanego efektu. Projekt Gandhiego zakończył się porażką i on sam tak o tym mówił. Umierając, zostawił Indie w stanie wojny domowej i konfliktu, który trwa do dzisiaj i cały czas przynosi nowe ofiary. Domyślam się, że musicie mieć ogromny dysonans, gdy, z jednej strony, nie chcecie stosować pewnych metod walki, a z drugiej, musicie zdawać sobie sprawę, że takie postępowanie nie prowadzi do osiągnięcia waszych celów. No dobrze, zostawmy na razie tę kwestię, ale gdybym miał być adwokatem diabła, powiedziałbym coś takiego: ludzie nie są równi, nigdy nie byli i nie będą, nierówność leży w ludzkiej naturze lub jej zwierzęcych pozostałościach. Nierówność jest w niej bardzo głęboko zakorzeniona. I bez względu, jak to możesz oceniać, historia rodzaju ludzkiego pokazuje, że tak właśnie jest, a wszystkie działania, by to zmienić, zmieniają jedynie formę tej nierówności, a nie jej istotę. Z tego punktu widzenia twoja postawa jest zaledwie utopią, nigdy nie osiągniesz swojego celu – równości ludzi.

Oczywiście nie uczynisz ludzi równymi, ale ludzie sami zdobywają swoje prawa do bycia traktowanymi w bardziej równy sposób.

W jednych obszarach to zdobywają, a w innych tracą.

Weźmy monarchię albo feudalizm. Obecnie jest oczywiście inaczej, wtedy było to związane z niezwykle wysokim poziomem nadużyć praw człowieka.

Był to po prostu inny rodzaj władzy.

Mówili wtedy: jestem przedstawicielem Boga i to daje mi prawo, żeby robić to czy tamto…

Elsie, ale sama powiedziałaś, że każda władza prowadzi do nadużyć. Więc jeśli chcesz naprawdę zlikwidować nadużycia, musiałabyś pozbyć się władzy.

Przede wszystkim chodzi o to, by ludzie zaakceptowali, że… No dobrze, poczekaj, mówisz „utopia”. Może… Jednak władza powinna służyć ludziom, a nie ludzie władzy.

To właśnie jest utopia.

Ale w utopii nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, ma swoją ważną rolę, ona pozwala nam iść naprzód. Może nigdy nie dojdziemy do celu, może dopiero raj [śmieje się] będzie miejscem…

…prawdziwej równości. Oczywiście, lecz tworzenie utopii może być zarówno pierwszą fazą buntu przeciwko zastanej rzeczywistości, jak i ucieczką, mechanizmem obronnym powstrzymującym przed podjęciem bardziej radykalnych działań zmierzających do jej zmiany.

Trzeba walczyć i podążać krok za krokiem tą drogą.

No dobrze, ale ponieważ bardzo lubię rolę adwokata diabła, to będę krok za krokiem podążał tą drogą i powiedziałbym, że stawiasz granice rewolucyjnym ideom.

W jaki sposób?

Mówiąc, że wszystko musi iść wolno, krok za krokiem. Czasem nazywamy to „samoograniczającą się rewolucją”. Albo, z pewną przesadą – to pomysł zawarty w prześmiewczej nazwie partii założonej przez Jaroslawa Haška: Stronnictwo Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa. Powiedziałbym też, że gatunek ludzki podczas swojego istnienia, powiedzmy przez ostatnie 300 tysięcy lat, nie odszedł specjalnie daleko w tym względzie od miejsca, w którym zaczynał. Mam na myśli zagadnienie większej równości i mniejszej przemocy. Powiedziałbym nawet, że homo sapiens 300 tysięcy lat temu był z pewnego punktu widzenia może nawet mniej przemocowy niż obecnie, bo byliśmy wtedy bliżej zwierząt, a te zasadniczo nie są przemocowe. Więc gdy mówisz, że będziemy się poruszali wolno, ale jednak do przodu, to trochę w to wątpię. Nie posunęliśmy się w tym względzie znacząco dalej niż nasi przodkowie.

Nie sądzę, żeby cokolwiek działo się w sposób linearny; myślę, że procesy są skokowe, do góry i w dół. Coś idzie do przodu, a potem się cofa.

Zgoda, ale mówisz: skoki w górę – w dół, do przodu i do tyłu. Powiedziałbym, że ostatni wiek był najbardziej okrutnym i bezwzględnym okresem w odniesieniu do kategorii przemocy.

Masz na myśli XXI wiek?

Nie, XX, najbardziej okrutny i przemocowy. Nie powiedziałbym, że równanie, które proponujesz – do przodu minus do tyłu – wychodzi na plus.

Myślisz, że się cofamy. Byłoby to straszne.

Dokładnie tak sądzę.

Może tak jest, nie wiem. A jeśli tak, to jak myślisz, dlaczego?

Myślę, że w obecnym świecie mamy bardzo łatwy dostęp do władzy, dużo łatwiejszy i dla większej liczby ludzi, niż miało to miejsce w poprzednich stuleciach.

Czy nie sądzisz, że ma to duży związek z ekonomią?

Tak, na pewno. Ale to wydaje się jedną z przyczyn, a efekt jest taki, że mając tak łatwy dostęp do władzy i tak łatwo dając się jej uwieść, nie możemy iść naprzód. Cofamy się.

W takim razie, co robić, zakładając, że to prawdziwy scenariusz?

Nie wiem, osobiście myślę, że być może zmierzamy do końca naszego gatunku.

Może tak być.

Myślę, że zmierzamy do końca, zniszczymy świat i siebie samych.

Bardzo prawdopodobna wersja, bo eksploatując naturę do tego stopnia, jak to się obecnie dzieje, i nie zatrzymując się przed robieniem tego w coraz większym stopniu, bierzemy pod uwagę tylko konsumpcyjne cele naszego życia.

To tak samo jak jest ze zmianą klimatu; wiele wskazuje na fakt, że przekroczyliśmy już granicę, skąd można by jeszcze zawrócić. Niektórzy naukowcy wskazuję, że zaszliśmy już zbyt daleko, by móc jeszcze odwrócić te zmiany.

Wprawdzie zawsze dokładają kolejny rok do tej granicy…

Zgoda, ale nie idźmy aż tak bardzo w filozofię. A zatem, wasze podejście jest takie, że należy robić, co się da, i nawet jeśli nie osiągniemy założonego celu, to i tak warto iść w tym kierunku. Choćby wasze działanie zmniejszyło tylko minimalnie czyjeś cierpienie, czyjeś ubóstwo lub niesprawiedliwość. Zgadzam się całkowicie z takim podejściem.

Nie myślisz, że cała ta kwestia jest w jakiś sposób cykliczna?

Cykliczna? Co masz na myśli?

Weźmy zmianę klimatu. Wiele osób zaprzecza, że coś takiego ma miejsce, wskazując, że w przeszłości mieliśmy katastrofy naturalne, że one przychodzą i odchodzą i taki jest powtarzalny cykl zdarzeń.

To jeden z argumentów używanych do zanegowania zmian klimatycznych i polepszenia naszego samopoczucia. Nie wiem oczywiście, jak jest, ale znam się trochę na psychologicznym mechanizmie obronnym racjonalizacji. Nie sądzisz, że ludzie zaprzeczają na przykład istnieniu zmian klimatycznych, bo gdyby uznali, że tak jest, to musieliby się zmienić?

Ma to związek z ekonomią.

Oczywiście, ale nie tylko. Powiedziałbym nawet, że bardziej chodzi o komfort, bo gdyby ludzie zrozumieli i zaakceptowali istnienie zmian klimatycznych…

…musieliby coś poświęcić, oddać. Musieliby poświęcić swój dobrobyt.

Nałożyć na siebie ograniczenia.

Zacząć dzielić się z innymi.

Ograniczyć swój komfort i potrzeby konsumenckie. Dlatego zaprzeczają i szukają racjonalnego uprawomocnienia swojej postawy.

Chyba masz rację. No to co, mamy do nich dołączyć? [śmieje się]

Sądzę, że ciągle nie wiemy, czy istnieje jakieś rozwiązanie tej kwestii.

Rozwiązanie totalne.

Tak. Więc myślę dokładnie tak, jak Pedro Restrepo, uważam, że nie wolno nam odpuszczać, porzucać walki. I jest to również twój punkt widzenia, czy tak? Bez względu na to, jak mało możesz, i tak powinieneś to robić.

Byłoby gorzej, gdybyś tego zaniechał.

Z pewnością.

Zaraz po przebudzeniu po pierwszej nocy idę na spotkanie z zespołem, z którym będę pracował.

Jest to zupełnie nowa grupa ludzi, inna niż ta, z którą mieliśmy warsztaty jedenaście lat temu. Jestem wprowadzony przez Elsie Monge, najważniejszą postać w obszarze walki o prawa człowieka nie tylko w Ekwadorze, lecz chyba w całej Ameryce Południowej, co daje mi na wejściu duży kredyt zaufania. Mimo to odczuwam spory dystans z ich strony. Ale po dwóch godzinach atmosfera się zmienia na bardziej otwartą.

Pierwsze merytoryczne zajęcia z zespołem CEDHU, poruszam skomplikowane kwestie dotyczące różnych sposobów podejścia do trudnych emocji i sytuacji pojawiających się w ich pracy, pokazuję, co możemy zrobić zarówno na poziomie profilaktyki, jak i opieki w konkretnych sytuacjach, oraz w jaki sposób postrzeganie i odczuwanie danych emocji czy sytuacji jest związane z konfliktem wewnętrznym i ich wewnętrzną oceną. Zwracam też uwagę na aspekt związany z polem społecznym, które również ma swój udział w powstawaniu negatywnych ocen i uczucia dyskomfortu, bezradności czy rezygnacji, jakie często pojawiają się w ich pracy.

Wspominam im o powiedzeniu, które mamy w Europie, a które odnosi się do różnych poziomów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami: „Jeśli chcesz być szczęśliwy przez kilka godzin, kup sobie butelkę wódki. Jeśli chcesz być szczęśliwy przez kilka lat, zawrzyj małżeństwo. Ale jeśli chcesz być szczęśliwy przez całe życie, zostań ogrodnikiem”. Używam tej metafory po to, by pokazać, że nie ma drogi na skróty i nie ma szybkich czy łatwych rozwiązań; że prawdziwe rozwiązanie i spokój wewnętrzny polega na zdolności do bycia „ogrodnikiem”, do permanentnego namysłu, obserwacji i rozumienia tego, co się dzieje dookoła oraz do dbałości o każdy element własnego, jakkolwiek pojmowanego, „ogrodu”.

„Dlatego też” – kończę – „cykl zajęć dla was mógłbym nazwać Becoming a gardener”.

Mam poczucie, że feedback jest zdecydowanie pozytywny, rozkręcają się dwie poważne i głębokie dyskusje. Pierwsza dotyczy kwestii przeżywania oraz wyrażania strachu i agresji, a także tego, jak powstają uczucia, na które nie mamy wewnętrznej zgody, a które i tak przeżywamy, i jaki to może mieć związek z wewnętrznym systemem przekonań. I druga – o bazowej i trudnej do przekroczenia relacji pochyłej, (związanej z różnicą rang, ale nie tylko) w sytuacji pomagania. Kończę to spotkanie nieco wcześniej; widzę, że było tyle ważnych i trudnych tematów, iż są bardzo zmęczeni.

W Ekwadorze wiele osób ma sporą trudność w jawnym wyrażania negatywnych (agresywnych, choć nie tylko) emocji. W tego typu sytuacjach ludzie albo „kręcą”, albo się wycofują, a wszystko po to, żeby nie wchodzić w bezpośredni konflikt. Z jednym wyjątkiem, którego doświadczyłem zaraz po wyjściu z warsztatów prowadzonych z zespołem CEDHU.

Rozpętała się burza z ulewnym deszczem, więc zostałem w budynku trochę dłużej, ale gdy ulewa nieco osłabła, zdecydowałem się wrócić do siebie (to tylko kwadrans spaceru przez park). Jednak po kilku minutach, gdy już byłem w parku, ponowna ściana deszczu zmusiła mnie do poszukania jakiegoś osłoniętego miejsca, w którym mógłbym przeczekać najgorszą ulewę. Zobaczyłem wjazd na teren jakiegoś przedsiębiorstwa zajmującego się utrzymaniem parku, widziałem ludzi z ręcznymi piłami, kosiarkami i innymi narzędziami. Zaraz za bramą, dosłownie dwa metry, był mały daszek, pod którym przystanąłem. Ale nie na długo. Już po chwili widzę, jak w strumieniach ulewy z budki przy bramie wychodzi bardzo niska kobieta, strażniczka w mundurze – agresywnie i jednoznacznie każe mi się wynosić z tego terenu. Próbuję jej tłumaczyć, że chcę tylko przeczekać najgorszą ulewę, że zaraz sobie pójdę, ale jest nieugięta. Dyskusja nie ma sensu, więc odchodzę szukać innego schronienia.

Nie czuję się szczególnie zły czy zirytowany, choć po minucie jestem kompletnie przemoczony – myślę, że rozumiem sytuację i też czegoś się nauczyłem.

Pamiętam, jak w trakcie warsztatów mówiłem, że zabronienie wyrażania agresji musi tworzyć jakieś społeczne „wentyle”, które umożliwiają uwalnianie nadmiaru zablokowanych emocji. Tym wentylem jest na przykład przyzwolenie na wyrażanie agresji wobec osób czy grup uznanych za „złe”; jak pokazuje historia, mogą to być dowolne grupy czy osoby (jak to się ładnie mówi: Żydzi, cykliści i inni). Ale ta moja sytuacja uświadamia, że jest jeszcze inny wentyl: społeczne przyzwolenie na stosowanie agresji, gdy czyni to człowiek w mundurze. To mundur staje się legitymacją do bycia agresywnym/agresywną.

Oczywiście jest też aspekt indywidualny, konflikt wewnętrzny, który jasno widzę w zachowaniu tej kobiety – strach, pozwalający jej przezwyciężyć moją „wyższą rangę” w zaistniałej sytuacji (jestem względnie dobrze ubranym mężczyzną, bardzo wysokim białym turystą, najpewniej Amerykaninem; wiem, że wzrost odgrywa dużą rolę, nie wierzę też, by nie wiedziała, co znaczy wygonienie mnie na ulewę). Strach przed tym, że zobaczy to jej przełożony (bo zapewne istnieje przepis mówiący o tym, że obcy nie mogą przebywać na terenie przedsiębiorstwa) i zruga ją za niedopełnienie obowiązku.

Po pierwszych zajęciach z zespołem w Quito przyszedł czas na pracę w terenie. Jadę z nimi na południe kraju, w okolice małego miasteczka Las Naves położonego wśród pięknych lasów subtropikalnych. Mieszka tam niewielka społeczność, na której terenie odkryto złoża złota i innych metali, co sprawiło, że duża zagraniczna spółka chce tam otworzyć kopalnię. Społeczność jest podzielona, jednak większość zdaje sobie sprawę, że konsekwencje ekologiczne takiej decyzji byłyby katastrofalne, i sprzeciwia się tej inwestycji. Jednak nikt nie bierze ich stanowiska pod uwagę, bo spółka jest sprytna i umiejętnie rozgrywa całą sprawę. Organizacja, która mnie zaprosiła – CEDHU – wspomaga lokalną społeczność na różne sposoby w dążeniu do zablokowania powstania kopalni. Dotyczy to zarówno pracy z mieszkańcami tych terenów, jak również zbierania dokumentacji i dokonywania różnego typu analiz pokazujących negatywne konsekwencje powstania kopalni, co finalnie ma spowodować skierowanie przez tę społeczność sprawy do sądu przeciwko spółce.

Wydawać by się mogło, że tego typu działalność nie ma żadnych szans, szczególnie w biednych krajach, które potrzebują pieniędzy i pracy związanych z takimi inwestycjami. Jednak Ekwador jest przykładem na to, że można inaczej. Po wielu latach walki, podjęto w wyniku referendum decyzję o ostatecznej rezygnacji z eksploatacji pól naftowych w ekwadorskiej części Amazonii – Narodowym Parku Yasuni. W innym referendum mieszkańcy stolicy Ekwadoru zadecydowali o zablokowaniu wydobycia złota w Chocó Andino – bezcennym przyrodniczo regionie górskim.

Tym samym Ekwador stał się jednym z pierwszych krajów na świecie, który w demokratycznym głosowaniu ustanowił ograniczenia wydobycia zasobów.

Wracamy bardzo zmęczeni po dwóch dniach pracy w terenie do Quito. Dodatkowo, droga powrotna straszliwie się dłuży, ciągły deszcz i mgła, nic nie widać na kilka metrów; docieramy do domów na chwilę przed dwunastą w nocy – godziną policyjną. Kiedy następnego dnia pytam Elsie, jak to możliwe, że pomimo swojego wieku dobrze znosi takie wyjazdy, odpowiada krótko: „Jak sprawa jest słuszna, to energia zawsze się znajdzie”. Ma ogromny szacunek w społeczeństwie, ludzie rozpoznają ją na ulicy, dziękują za jej działalność, chcą sobie robić z nią zdjęcia jak z jakąś znaną piosenkarką czy celebrytką.

fragment Dziennika ekwadorskiego

Recenzje

Ludzie z misją. Tekst Agnieszka Kostuch Recenzja w „Przewodniku Katolickim” nr 11 z 16.03.2025 r.; [dostęp online]