Jak umierają ptaki.
Baśnie na ważne etapy życia.
Metryka
Wydawnictwo: Eneteia
Format: papier
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 124
Motto książki
Oceany pozwalają odczuć Kosmos,
zwykła kałuża daje odczucie chwili.
Shitao
Spis treści
Dary. O początku — 9
Jak mały osiołek zdobył swoje nowe kopytka. Dla najmłodszych — 19
Łzamela. O pierwszej miłości — 27
Zaćmienie. O miłości i rozłące — 35
Młody król. O inicjacji — 47
Zła królewna. O partnerstwie — 61
Inny król. O kryzysie środka życia — 75
Wieczność i jeden dzień. O starości — 87
Jak umierają ptaki. Ostatnia — 103
POSŁOWIE. Radość urzeczywistnionych baśni — 115
Spis ilustracji — 123
Historia
Jak umierają ptaki to była pierwsza książka, którą napisałem. Kilka lat wcześniej spędziłem trochę czasu w Dolinie Nubry w Ladakhu na granicy Indii i Chin. Mieszkając w niewielkiej wiosce Sumur, chodziłem po okolicznych górach i spotykałem małego osiołka, który podsunął mi pomysł na opowiadanie Jak mały osiołek zdobył swoje nowe kopytka. Nie myślałem wtedy, że będzie to element książki, po powrocie do Polski ponownie wciągnęła mnie praca terapeutyczna i praca ze studentami w naszym programie szkoleniowym. Nie pamiętam dokładnie jak to się stało, ale chyba rok czy dwa później pojechaliśmy z Agnieszką do Nikaragui i tam przyśnił mi się sen, w którym jakiś głos wypowiedział dwa ostatnie zdania, które umieściłem na końcu nieco później powstałego tytułowego opowiadania:
Pomyślał: „Teraz już wiem, jak umierają ptaki”
W locie.
A losy bohatera wymyślałem „od końca”.
W sierpniu 2013 roku z jakichś powodów nie mogłem wyjechać z Polski i miałem miesiąc wolnego, wtedy dopisałem pozostałe opowiadania.
Byłem już wtedy w kontakcie z Wydawnictwem Eneteia i zaproponowałem Waldkowi Dudkowi wydanie Ptaków – szybko się zgodził. Pozostała jeszcze kwestia szaty graficznej, wiedziałem, że na okładce musi być postać wędrowca, w końcu były to Baśnie na ważne etapy życia, pamiętałem też, że w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie znajduje się Odpoczywający wędrowiec. Poeta Saigyô Katsushika Hokusai, wystarczyło więc za stosunkowo nieduże pieniądze kupić prawa do publikacji tego i innych obrazów wybranych ze zbiorów warszawskich i krakowskich.
W tamtych latach interesowałem się twórczością Karla Jaspersa, szczególnie utkwiła mi jego myśl, która stała się osnową pisania książki.
„Istnienie nie jest faktem w sensie empirycznym tego słowa, jest możliwością, wyborem samego siebie. Człowiek istniejąc, odkrywa, że jest odpowiedzialny za siebie, że nie jest tym, czym jest, ale czymś < mającym być>”.
Zastanawiałem się, jak człowiek ma odkrywać, a następnie urzeczywistniać tę swoją potencjalność. Byłem jeszcze wtedy psychoterapeutą pracującym w nurcie psychologii procesu, która miała swój pomysł na ten temat, jednak moje lektury coraz bardziej przekonywały mnie do innych kierunków poszukiwań. Myślę, że ta książka zapoczątkowała moje odchodzenie od psychologii procesu.
Fragment książki
A są tam myśliwi?
Nie ma.
To bardzo ciekawe! A kury?
Nie ma.
Nie ma rzeczy doskonałych – westchnął Lis
Antoine de Saint-Exupery
Przypatrzcie się kiedyś jak chodzi mały osiołek i jakie ma kopytka. Stąpa niemal jak baletnica, a kopytka ma tak małe i delikatne, że robią wrażenie jakby nie były w stanie utrzymać jego ciała. Nie zawsze tak było.
Kiedyś dawno temu, w czasach, gdy zebra miała jeszcze poziome pasy, żółw nie na żarty ścigał się z gepardem a skóra nosorożca był tak cienka jak liść z drzewa, osiołki miały wielkie i owłosione kopyta. Było to poniekąd bardzo użyteczne, bo dawało mocne oparcie na ziemi i szczególnie przydawało się, gdy trzeba było chodzić po nierównych przestrzeniach. Wszystkie osły były z tego powodu bardzo zadowolone i nikt się nad tym specjalnie nie zastanawiał. Nikt oprócz pewnego małego osiołka, który w żaden sposób nie mógł się z tym pogodzić.
– Tu tu tu mamusiu, szemrał mały osiołek – (Aha, zapomniałem dodać, że w owych czasach osiołki miały bardzo piękny głos, delikatny i miękki, który przypominał szmer strumyka ) – nie chcę mieć takich dużych i owłosionych kopyt, są okropne, ciężkie i niezgrabne i bardzo mnie ograniczają. Czuję się lekki i chciałbym biegać tak zwinnie i z tak wielką gracją jak antylopy czy chociażby kózki.
– Nie zawracaj mi głowy, ofuknęła go matka, każdy chciałby mieć coś inaczej niż ma. Ale co by to było, gdyby wielbłądy nagle zachciały mieć proste grzbiety, małpy pancerz i szczypce homara, a ryby futro niedźwiedzia, twierdząc, że jest im za zimno w wodzie?
– Ale ja naprawdę czuję, że te obrzydliwe kopyta wcale nie są moje – upierał się mały osiołek – i muszę spróbować to jakoś zmienić.
– Mój drogi – powiedział mu ojciec, mądrość osła polega na tym, żeby zaakceptować to, kim się jest i nie buntować się przeciwko temu, czym obdarzyła Cię natura.
– Zajmij się czymś poważnym, doradzała babka, stara oślica, są w życiu rzeczy ważne i nieistotne, a Ty, może z racji na swój młody wiek skupiasz się tylko na tych ostatnich.
– Spróbuj docenić ile dobrego płynie z tego, że masz takie kopyta, mówił dziadek, zobacz jakie możliwości otwiera to przed tobą.
– Może problem z kopytami jest problemem zastępczym, zastanawiała się ciotka, która miała nieco zacięcia psychologicznego, a tak naprawdę gnębią go jakieś znacznie poważniejsze kwestie?
Tylko jeden wuj osioł, który zresztą uchodził za dziwaka i nikt w całej rodzinie go nie poważał, powiedział tak:
– Mały osiołku, jeżeli uważasz, że sprawa twoich kopytek jest rzeczywiście ważna, to powinieneś zrobić wszystko, żeby to zmienić. Czasem bowiem marzenia i ich realizacja są ważniejsze niż to, co wydaje się być ustalonym i niezmiennym porządkiem rzeczy.
Mały osiołek ucieszył się niezmiernie, że ktoś wreszcie go wspiera i zaczął się zastanawiać jak osiągnąć swój cel.
Jak mały osiołek zdobył swoje nowe kopytka.
Baśń dla najmłodszych
Śmierć jest dla nas, ludzi, najbardziej dolegliwą
zagadką na świecie. Z tego powodu nie musi jednak
zawierać klucza do zagadki świata.
Franz Overbeck
Czy ktoś z Was widział umierającego ptaka? No właśnie, ja też nie. Wielokrotnie próbowałem wyobrazić sobie ten moment i jakoś żadna z wersji nie wydała mi się ostatecznie przekonująca.
Jakoś łatwiej mi wyobrazić sobie śmierć lwa, niedźwiedzia, żyrafy czy nawet dziobaka, nie mówiąc już o takich oczywistościach jak pies czy świnka morska. Ale ptak?
„Proszę zapiąć pasy, za 20 minut lądujemy na lotnisku w San Jose” – głos stewardessy wyrwał go z dziwnego stanu, w którym obrazy z jego podróży mieszały się z twarzami pacjentów z różnych okresów życia.
Był lekarzem od ponad czterdziestu lat, zajmował się niezliczonymi rzeszami pacjentów, którym w większości pomógł, oprócz tego uczył, pisał, miał też swoje małe odkrycia. Niektórzy mówili, że jest pracoholikiem, on sam – że robi po prostu to, co umie najlepiej. Posiadał też pewną przypadłość, której koledzy mu zazdrościli choć z jego perspektywy ważniejsza była jej druga strona – pamiętał właściwie każdego pacjenta lub pacjentkę, którego/którą leczył. Był trochę jak Ireneo Funes z opowiadania pewnego Argentyńczyka. Trudniejszym aspektem tego zjawiska był niewyobrażalnie wysoki poziom nasycenia jego psychiki ludzkimi losami oraz ich cierpieniem.
Był dobrym lekarzem choć od roku coś się z nim działo, co kazało mu właściwie odejść od wykonywania zawodu.
San Jose
Duże skupiska ludzi są dla mnie od jakiegoś czasu trudne do zniesienia, tutaj jest nawet trochę lepiej, bo twarze, które są znacząco inne, nie ewokują aż tak bardzo wspomnień i historii pacjentów. Choć nie do końca.
W hostelu dziewczyna z Kolumbii, Juanita, opowiada mu swoją historię. Dwa lata temu zniknęła jej młodsza siostra, to dosyć powszechne w tamtym rejonie. Ludzie „wyparowują” – dla okupu, z racji na handel narządami, kobiety do burdeli ale w wielu wypadkach – i te są najgorsze – nie wiadomo dlaczego. Od tego czasu żyje w jakimś swoistym bardo, przeskakując od zwątpienia i rozpaczy ku rozsypującej się z każdym miesiącem w pył nadziei. Dziewczyna ma matowy, spokojny głos. Nie mogę dłużej słuchać takich opowieści, trzeba jak najszybciej uciekać.
Santa Elena
Motyl i dusza to psyche. Ale mariposa to na szczęście tylko motyl. Odkrywa to miejsce, gdzie w wielkich wygrodzonych ale zamkniętych przestrzeniach spotyka wyłącznie tysiące różnokolorowych motyli. Co za ulga, może przez cały dzień siedzieć tylko wśród nich, znudzona obsługa nie próbuje mu nawet niczego objaśniać. Na szczęście nikt nie interesuje się już takimi sprawami.
Wraca późnym wieczorem z poczuciem, że po raz pierwszy od dawna, chyba z powodu owego migotania tysięcy delikatnych skrzydełek, wszystkie myśli i obrazy zostały łagodnie zdmuchnięte z jego psychiki. Przynajmniej na jeden dzień.
Granica z Nikaraguą
Stoi już trzecią godzinę w kolejce do kontroli granicznej.
– Dzisiaj jest i tak nieźle – mówią tamtejsi ludzie.
Wreszcie dochodzi do lady, gdzie urzędnik, nie patrząc na niego, w końcu podbija mu paszport. Obok masywne stalowe drzwi przypominające kasę pancerną, na których ktoś najwyraźniej nieświadomy ponurej śmieszności tego obrazu (a może to celowy żart?) zawiesił tablicę z napisem Salida del País. Ale nikt się z tego nie śmieje.
Jak umierają ptaki
Baśń Ostatnia