Dziennik metampsychozy

Podejrzewam, że nie dacie wiary mojej historii, mnie samej jeszcze do niedawna trudno było traktować ją na poważnie. Zimne i ciemne o tej porze roku Inverness studziło moje emocje, jednak fakty są niepodważalne, bez względu na to, co sobie pomyślicie. Pominęłam duże fragmenty, których sama jeszcze nie rozumiem, i które niepotrzebnie zaciemniałyby najbardziej istotny obraz oraz te, które naruszałyby moją intymność.

Dzień pierwszy.

Nigdy nie wierzyłam w wartość snów, jednak od czasu do czasu, gdy wybudzam się w nocy z jakimś bardzo wyrazistym obrazem, zapisuję go. Na stoliku obok łóżka mam zawsze kartkę papieru i długopis – na wszelki wypadek. Tego ranka obudziłam się bardzo późno, więc szybko zerwałam się i rozpoczęłam poranną krzątaninę. Przed samym wyjściem weszłam na chwilę do sypialni po jakiś drobiazg i wtedy dopiero zobaczyłam, że coś napisałam na kartce. Nie pamiętam, żebym obudziła się tej nocy, z tym większą ciekawością podeszłam do stolika i przeczytałam to jedno zdanie:
Jesteś Safoną.
Uśmiechnęłam się tylko, w końcu nie lubię poezji, ale czas gonił, więc szybko wybiegłam z domu.
Dopiero wieczorem, gdy ponownie zobaczyłam kartkę zaczęłam się zastanawiać.

Dzień drugi.

Co właściwie wiem o Safonie? Właściwie bardzo niewiele – Grecja archaiczna, miłość lesbijska od wyspy, gdzie się urodziła i działała, liryka namiętna i lekka jednocześnie.

Zaczynam sprawdzać, pojawiają się ogromne niejasności i sprzeczne informacje, potworny bałagan zarówno w odniesieniu do jej życia jak i twórczości. Można by pomyśleć, że realnie nigdy nie istniała, a każda epoka wymyślała ją od nowa, tworząc „swoją” wersję bardziej pewnej idei niż konkretnej osoby. Przedstawiano ją jako kapłankę, mądrą nauczycielkę, heterę, kobietę oszalałą na punkcie mężczyzn lub kobiet, bezwstydną, szarmancką, skromną, rozwiązłą, brzydką, cudowną, piękną, fiołkowłosą – barwne legendy kompensujące brak wiarygodnych źródeł.
Napisała wiele utworów, podobno około siedem tysięcy, ale zachowało się w pełni tylko kilka, reszta to tylko fragmenty lub zupełnie pojedyncze słowa. Razem nie więcej niż kilka procent jej twórczości. Aleksandryjscy uczeni trzysta pięćdziesiąt lat po śmierci poetki zebrali i wydali jej dzieła w ośmiu lub dziewięciu księgach, natomiast wszystko co przetrwało do naszych czasów włącznie z najkrótszymi, najbardziej niespójnymi czy przeinaczonymi fragmentami dałoby razem nie więcej niż sześćset wersów.

Spóźniłam się przez to do pracy, tę noc spędziłam na przeczesywaniu książek i stron internetowych.

Dzień siódmy.

Coraz bardziej się wkręcam w temat, zamówiłam w antykwariatach wszystkie dostępne materiały, każdą wolną chwilę spędzam na pogłębianie wiedzy dotyczącej jej osoby, epoki, greckiej historii, geografii czy poezji tego okresu.

Dzień trzydziesty.

Wiem chyba wszystko na jej temat, żałuję, że nie znam greki, może zacznę się jej uczyć? Jej postać fascynuje, ale budzi też we mnie niezrozumiały lęk.

Dzień trzydziesty pierwszy.

W nocy obudził mnie stukot spadającego długopisu, wracając z łazienki zobaczyłam długopis i kartkę na podłodze. Podniosłam i osłupiałam. Jedno zdanie bez wątpienia po grecku: Ψάπφα ἔμμι
Dlaczego ten komputer tak wolno odpala? ale w końcu mogę wbić je w tłumacza.
Jestem Psappha.

To jakiś obłęd – myślę – niemożliwe, żebym to napisała. Po dwóch godzinach zeszywniała z zimna zasypiam. Krótki sen dobroczynnie nie przynosi nowych obrazów.

Dzień czterdziesty.

Jakoś sobie to wszystko zracjonalizowałam. Ale dalej zajmuję się tylko czytaniem o niej i jej zachowanych pieśni i wierszy. Zaczynam bardzo dobrze rozumieć, co chciała przekazać, czytam między wierszami, wychwytuję subtelne aluzje i nawiązania do fragmentów z jej życia. Czasem mam wrażenie, że odczytuję coś, na co nikt z jej biografów nie wpadł.

Dzień pięćdziesiąty drugi.

Ku zdumieniu wszystkich zwolniłam się z pracy, żeby całkowicie poświęcić się studiowaniu jej życia i twórczości. Coraz częściej z niepokojem stwierdzam jak mocno się z nią utożsamiam.

Dzień pięćdziesiąty szósty

Czasem myślę, że zwariowałam, z rzadka wychodzę z domu, nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Moje życie miesza się z jej, nie wiem już kim jestem i co jest prawdą a co wytworem mojej chorej wyobraźni. Nigdy nie wierzyłam w reinkarnację, czy platońską metampsychozę, to przecież jakiś absurd. Ale doświadczenie mówi mi coś zupełnie innego, przeczy racjonalnemu rozumowi i prowadzi do labiryntów, w których Asterion jest najmniejszym z zagrożeń.

Dzień sześćdziesiąty pierwszy

Wpatruję się w kartkę z kilkoma słowami.
…

… ani…
… pragnienie[…
… lecz wtem…
… kwiat…
… pragnienie[…
… ciesz[…

Tyle tylko zostało z jej wiersza.
Co chciała napisać? Jak wyglądał cały wiersz? Nigdy się tego nie dowiesz – mówię do siebie, ale jakoś bez przekonania.

dzień sześćdziesiąty ósmy

Od czterech dni cały czas wpatruję się w te kilka zachowanych z słów. Nagle machinalnie biorę długopis i uzupełniam linijkę po linijce. Po dłuższej chwili mam przed sobą już cały wiersz.
Nie mogę uwierzyć w to, co się stało.
Chyba naprawdę oszalałam. To psychoza a nie metampsychoza – słyszę głos w głowie.

dzień siedemdziesiąty

zupełnie niezrozumiała fascynacja światłem i Platonem.

w Państwie Platon opisuje światło jako „rodzaj trzeci” (oprócz bytu i stawania się), „łącznik, który wiąże zmysł wzroku i widzialność.” bez tego łącznika cały układ nie mógłby istnieć.
sądzę, że między jakkolwiek pojmowaną rzeczywistością, a jej odbiciem w człowieku czyli rzeczywistością psychiczną musi istnieć jakiś łącznik, który umożliwia funkcjonowanie tego systemu – jest nią psyche, która jest platońską chora, piastunką, woskiem, gdzie rzeczywistość może odcisnąć się w postaci indywidualnego znaku, śladu.

twórczość sama w sobie jest prerogatywą bogów, nie ma i nie może mieć tożsamości, twórczość jest platońską chora, zawsze stanowi ślad czegoś odmiennego, ciągle obecna przemieszcza się w czasie przyjmując i nadając formę wszelkiej rzeczywistości.
neoplatonicy wierzyli, że zwiększenie „światłoczułości” człowieka poprzez odpowiedni styl życia przygotowuje go na przyjęcie światła.


dzień sto siódmy.

wracam z miesięcznego wyjazdu, w Egipcie odwiedziłam Oksyrynchos, potem pojechałam na kilka dni do Kolonii jednak większość czasu spędziłam w Anglii. obejrzałam wszystkie dostępne papirusy z jej utworami w Bodleian Library/Sackler Library oraz w British Library i choć nadal nie znam greki miałam poczucie, że wiem, co tam napisałam. pozostało jeszcze odwiedzić kilka prywatnych kolekcji.

dzień sto czternasty

od tygodnia rekonstruuję kolejne utwory przychodzi mi to z coraz większą łatwością bez względu na to jak niewiele tekstu się zachowało przestałam się nad tym wszystkim zastanawiać po prostu muszę to robić

dzień sto piętnasty

…
…
… i pójdę …
…
… równo …
…
… bo …
… harmonii …
… chór …
… brzmiąc czysto …
…
… wszystkim …
…


w trakcie pracy nad uzupełnianiem kolejnej pieśni stała się rzecz niezwykła – usłyszałam muzykę, która akompaniowała wykonaniu tego utworu od razu ją nagrałam i odtąd każda rekonstrukcja tekstu ma również swoje dźwiękową reprezentację głównie aulos i barbitos nie lubię forminksu i pektisu

dzień sto dwudziesty trzeci

ważna wiadomość jeden z badaczy jej twórczości donosi o odkryciu kolejnych papirusów zawierających nieznane dotąd wiersze co pozwoliło mu odtworzyć kilka z nich sprawdzam jego wersje z moimi które zrobiłam trzy tygodnie temu
bez specjalnego zdziwienia stwierdzam że są takie same

dzień sto trzydziesty drugi

pracuję bez przerwy czasem nie jem przez kilka dni jakbym wiedziała że muszę się bardzo spieszyć czyżby szacunki mówiące o długości mojego życia były znacznie przesadzone

dzień sto czterdziesty

zweryfikowałam wiele faktów z jej życia już wiem że w wielu miejscach kroniki greckie i inne podawały nieprawdziwe zdarzenia również uczeni mylili się co do kilku podstawowych elementów biografii faona naprawdę kochałam i miałam ochotę rzucić się ze skały do morza jednak po drodze spotkałam kleis i agallis zapytały mnie ze smutkiem czy znowu zamierzam je opuścić i to wystarczyło żebym zmieniła decyzję
podobnie wiem że urodziłam się w 640 r pne – kilka lat wcześniej niż najwcześniejsze szacunki uczonych a moim ojcem był ekrytos a nie skamandronymos jak się powszechnie uważa nie potrafię jeszcze odkryć daty mojej śmierci ale nie ma to dla mnie większego znaczenia
zupełnie przy okazji okazało się że historycy zupełnie mylili się co do pewnych politycznych wydarzeń których byłam świadkiem w trakcie mojego tam pobytu w syrakuzach
poprawiłam też kilka błędów popełnionych przez dionizjusza z halikarnasu przytaczającego mój wiersz w traktacie o zestawianiu wyrazów

dzień sto sześćdziesiąty piąty

praca postępuje bardzo szybko zostało mi już tylko kilka utworów do uzupełnienia dla żartu wysłałam niektóre pełne wersje do diane j rayor i joan dejean przedstawiając się jako pracownica biblioteki oxford university która odnalazła papirusy z palimpsestem zaginionych wierszy
ich reakcja i powaga z jaką mnie potraktowały każe mi zastanawiać się czy możliwe byłoby pełne wydanie dzieł wszystkich pomysł kusi ale odrzucam tę myśl przecież nikt mi nie uwierzy w jaki sposób „odnalazłam” zaginione utwory
a może jednak warto się nad tym zastanowić historia odzyskiwania zaprzepaszczonych dzieł zna przecież bardziej nieprawdopodobne przypadki.
ἡ τελευταία ἡμέρα

dokonało się przed chwilą ukończyłam rekonstrukcję ostatniego utworu nie czuję zmęczenia ani satysfakcji
zostało tylko jedno pytanie które zaprząta mnie od jakiegoś czasu czy nadszedł już ten moment bym mogła powrócić do świata idei?