Chitkul

Ta historia ma swój początek w nudnym życiu, które od jakiegoś czasu prowadziłem. Nie to, żebym się skarżył, w końcu każde życie wygląda podobnie, pomimo pozornych zewnętrznych różnic. Jedynie nasze projekcje sprawiają, że życie niektórych ludzi wygląda na ciekawsze od naszego. Ale nie zmieniało to poczucia braku sensu w tym, co się ze mną dzieje. Nie byłem jeszcze w momencie, gdy ludzie robią buckett list lub popadają w depresję z powodu braku wiary, że cokolwiek z takiej listy można zrealizować. Chyba bardziej szukałem inspiracji do czegoś, czym mógłbym się zająć w najbliższym czasie. Zacząłem przeglądać stare zdjęcia, głównie z różnych dalekich wyjazdów, bo te rodzinne nigdy mnie nie pociągały. Oczywiście każda wyprawa to wiele historii i osób z nim związanych, gdybym chciał roztopić się we wspomnieniach to pewnie by mi życia nie starczyło, ale szukałem czegoś innego. Wtedy nie wiedziałem jeszcze czego, ale teraz, po tym, co przeżyłem, już wiem. Szukałem czegoś, co mnie strzeli w pysk z taką siłą, że wylecę z dotychczasowej orbity albo przynajmniej będę się musiał zatrzymać w tym, co do tamtej pory robiłem.

Ludzie mają potrzebę nadawania nazw zdarzeniom i historiom, zapewne czujemy się lepiej, gdy umieszczamy je w ten sposób w pewnej kategorii, legitymizujemy ich istnienie. Stanowią one też symbol, klucz otwierający od razu mentalny świat wspomnień i skojarzeń związanych z tematem.

Gdy więc moja historia zaczęła się rozwijać, co za chwilę zacznę opisywać, poczułem też taką potrzebę, ale dopiero gdy się zakończyła, jej nazwa pojawiła się w sposób zupełnie niespodziewany.

 

Wtorek.

Dalej przeglądam stare zdjęcia z wyjazdów, to jedno z niewielu zajęć, które mnie jeszcze bawią.
Od kilku dni są to zdjęcia z Indii, jednak łatwo obsuwam się w przypominanie sobie historii, których świadomie nie pamiętałem, a które żyły własnym życiem w jakichś zakamarkach mojego umysłu czekając na swoją szansę wydobycia się na powierzchnię. Ale żadne nie wywoływało emocji do czasu, gdy zobaczyłem tamto zdjęcie. Nie wiem dlaczego, ale zaczęło mi się kręcić w głowie i straciłem na dłuższą chwilę ostrość widzenia. Jak zahipnotyzowany nie potrafiłem się od niego oderwać, choć zdjęcie wygląda jak wiele innych i początkowo nawet nie pamiętałem gdzie i kiedy je zrobiłem.
Na zdjęciu przed drewnianym domkiem siedzi młoda kobieta lub dziewczyna, nie potrafię tego ocenić, bo ujęcie jest od tyłu, i czesze swoje długie czarne włosy.

 

Środa wieczór.

Cały dzień zastanawiałem się nad tym zdjęciem aż w końcu, wyciśnięte zmęczeniem, przyszło to wspomnienie. Chitkul, mała wioska na samej granicy Indii i Chin, pojechałem tam z Sangli wynajętym jeepem, przed samą wsią okazało się, że rzeka rozmyła drogę i ostatnie dwa kilometry musiałem przejść piechotą. Łaziłem po tej wsi, kupiłem jakieś owoce, ale nic tam się nie działo. Do czasu kiedy zobaczyłem z daleka tę scenę na zdjęciu. Coś kazało mi usiąść i nie podchodzić bliżej, jakby istniała jakaś granica, której nie wolno mi było przekroczyć. Siedziałem tak przez wiele godzin do zmierzchu, a ona nie zmieniała swojej pozycji od czasu do czasu przeczesując swoje włosy. W jakimś momencie, gdy na chwilę odwróciłem głowę, po prostu znikła.

 

Czwartek.

Kupiłem rano bilet do Delhi. Nieprzespana noc zrodziła absurdalną myśl, żeby tam pojechać i ją odnaleźć. Nie wiem dlaczego ani po co, sam pomysł wydaje się tak idiotyczny, że szkoda gadać, ale nie byłem w stanie się temu oprzeć. Przecież mogła wyjechać, umrzeć, cokolwiek.

 

Indie.

Autobus do Manali, tak jak wtedy, jedzie niewyobrażalnie długo, wpadam w jakiś trans, z którego tylko na chwilę się przenoszę do komunikacyjnej realności.

W Sangli stary most dalej straszy, na szczęście w końcu zrobili obok nowy. Wypożyczam jeepa i z niepokojem jadę do Chitkul. Dwadzieścia osiem kilometrów emocjonalnej huśtawki dużo gorszej niż wyboista droga.

Nie poznaję za dobrze tego miejsca, wioska rozrosła się w całkiem spore miasteczko, właściwie dopiero teraz jasno czuję beznadziejność swojego pomysłu. No bo co mam zrobić, iść do jakiegoś urzędu i powiedzieć: „Tutaj jakieś 35 lat temu przed domem siedziała kobieta i czesała włosy, nie wiem jak się nazywa, właściwie nic więcej o niej nie wiem, czy możecie podać mi jej aktualny adres?” A może będę chodził i szukał do skutku tego domu ze zdjęcia? Albo też spacerując będę patrzył od tyłu na kobiety i szukał tej, o którą mi chodzi? Same absurdy!
Bardzo uważnie oglądam zdjęcie po raz setny, ale nadal nie widzę niczego, co by mnie miało przybliżyć do odnalezienia tego miejsca.

Zalogowałem się na tydzień w jakimś hoteliku, ale potem doszedłem do wniosku, że lepiej będzie wynająć pokój w jakimś domu. Siedzę już tu drugi miesiąc, czas mija straszliwie szybko. Najpierw po prostu chodziłem dużo po miasteczku, potem, znużony, zacząłem wędrować po okolicy. Kobieta u której mieszkam pyta co tu właściwie robię, wymyślam na poczekaniu, że piszę książkę i szukam natchnienia, co paradoksalnie jest do pewnego stopnia prawdą.
Zastanawiam się, tamta kobieta mogła mieć wtedy może 18-25 lat, teraz więc powinna mieć 53-60 lat, jeśli w ogóle żyje. Włosy ma na pewno siwe i krótkie. Gdzie mógłbym takie kobiety spotkać? Może w świątyni? I co, mam podchodzić do każdej i pytać: Czy to pani 35 lat temu siedziała przed domem ….?
Albo może mam się oprzeć na tamtym poczuciu, że nie wolno mi było podejść do niej bliżej i czekać aż podobne doświadczenie wydarzy się wobec jakiejś kobiety na ulicy?
No a nawet jeśli jakimś cudem ją znajdę, to co mam jej właściwie powiedzieć? Że przyjechałem, żeby ją odszukać, ale nie wiem po co? Albo, że chciałbym ją wypytać, co się z nią działo przez te lata? Chyba jestem kompletnym idiotą i powinienem natychmiast wracać do domu.

Robię co bardzo dziwnego, oceniłem na podstawie zdjęcia, że siedziałem mniej więcej 40 metrów od niej, teraz siadam w różnych miejscach i rozglądam się dookoła w takim właśnie promieniu, nauczyłem się bezbłędnie oceniać odległości. Nie wiem po co to robię, może czekam aż ktoś wejdzie w zakreślone w ten sposób dookoła mnie koło i wtedy coś poczuję? Zawsze byłem niesłychanie racjonalny, a teraz zachowuję się jak nawiedzony wyznawca new age’u.

Zrobiłem jeszcze jedną rzecz, wydrukowałem dużo tych zdjęć i rozwiesiłem je w różnych miejscach miasteczka z podpisem czy ktoś może rozpoznaje tę kobietę.
Trochę przypomina mi się Koziołek Matołek, który szukał drogi do Pacanowa i dostał w pewnym momencie od kogoś taką informację:
„Jedna mu mówiła baba, co czerwoną ma spódnicę,
że pochodzi z Pacanowa, baba zaś jest w Ameryce.
Trzeba będzie tam pojechać, znaleźć babę, a gdy ona
powie gdzie jest ów Pacanów, wtedy będzie rzecz skończona.”

No więc oczywiście zaczęli przychodzić ludzie albo ciekawi o co chodzi w tej całej historii, albo z nadzieją, że za zmyśloną informację dostaną jakąś nagrodę.
– Tak, tak, pamiętam ją – mówi pewien 30 latek – mieszkała tu niedaleko, ale przeprowadziła się kilka lat temu do Shimli.
– Nieprawda, była moją sąsiadką – twierdzi starsza kobieta – wyszła za mąż, ale razem z dzieckiem zmarła przy porodzie.
– To ja jestem na tym zdjęciu – przekonuje inna – miałam wtedy takie piękne długie włosy, dom został zburzony wiele lat temu.
– To była moja córka, niedobre dziecko, jak tylko trochę dorosła uciekła do Chandigharu za jakimś chłopem i tyle ją widziałam – ociera łzy.
I tak bez końca.
„Dnia pewnego do Matołka bab przybyło sto tysięcy, a jak mówią różni ludzie była nawet jedna więcej.”

W miejskim wydziale architektury kierownik patrzy na mnie z politowaniem.
– Pan chyba nie zna naszych realiów – mówi – wtedy budowało i wyburzało się domy bez żadnego planu i pozwolenia, wszystko to była, jak wy mówicie, wolna amerykanka. Dopiero od kilku lat zaczyna się to trochę zmieniać.
Zwracam baczną uwagę na swoje sny, ale również w nich nie odnajduję cienia jakiejkolwiek wskazówki, która mogłaby mi w czymś pomóc. To znaczy miałem dwa sny, w których mi się przyśniła, ale nic z tego nie zrozumiałem, ani też nie byłem w stanie wyciągnąć z nich żadnej wskazówki.
W pierwszym odwzorowywała się tamta sytuacja, jednak w pewnym momencie kobieta zaczęła się odwracać w moją stronę, ale grzebień w jej ręce zamienił się w nóż. Coś do mnie powiedziała, czego nie zrozumiałem, bo było w nieznanymi mi języku; zniecierpliwiona machnęła tylko ręką, wskoczyła do płynącej obok rzeki na dziwne zwierzę o dwóch łapach z przodu przypominające słonia, lecz zakończone ogonem ryby i znikła w oddali.
Drugi był nieco przyjemniejszy, ośmieliłem się podejść do niej i z bliska obserwowałem jak się czesze, może nawet dotknąłem przez chwilę jej włosów, które gwałtownie się splotły.

Chyba bez sensu gonię za jakąś ułudą, myślę, może powinienem raczej zastanowić się o co mi w tym wszystkim chodzi? Bo szukam czegoś, ale na pewno nie chodzi o tę kobietę. Wracam do domu.


Piątek.

Paradoksalnie nie mam poczucia bezsensu i porażki, pomimo że nie udało się osiągnąć zamierzonego celu. Właściwie to nawet lepiej – myślę sobie – gdybym ją znalazł, to cóż mogłoby mnie jeszcze czekać oprócz smutku spełnionych baśni? A tak wiem, że o coś mi chodzi, czegoś szukam, ale najpierw muszę dojść ze sobą do ładu o co mi w tym wszystkim chodzi. Ale ponieważ czuję, że to zadanie mnie w tej chwili jeszcze przerasta, to dalej przeglądam zdjęcia, które poprzez znaczące przyciągnięcie mojej uwagi być może odsłonią dziejące się gdzieś głęboko we mnie sprawy.

Trzy tygodnie później.

Wybrałem dziewięć zdjęć, które mnie bardzo mocno poruszyły przypominając coś, czego na pewno nie uznałbym jako najważniejsze w moim życiu, ale w tym momencie zrobiły na mnie największe emocjonalne wrażenie. Wydrukowałem je w dużym formacie (razem ze zdjęciem dziewczyny z Chitkul, czyli razem dziesięć) i powiesiłem na ścianie w pokoju. Przez dziesięć dni wpatrywałem się w nie, przebiegając pamięcią wszystkie znane mi szczegóły, ale też starając się podążać za emocjonalnym drżeniem, aby spróbować odkryć jakiś wspólny mianownik tych zdarzeń. Niestety nic nie udało mi się odkryć, to znaczy nic, czego bym wcześniej nie wiedział, co by odbijało od tła psychicznego, które znam, ani też nic, czego bym się nie spodziewał. Czyli nie odnalazłem, jakby powiedział Gregory Bateson, żadnej informacji. Zrozumiałem, że takie postępowanie jest pułapką, która mnie do niczego nie doprowadzi. Nie jestem w stanie rozwiązać problemu używając struktur psychicznych, które ten problem stworzyły. Aby tak się stało, muszę te struktury zmienić. A zmienić je mogę tylko w działaniu, tylko w ten sposób może odsłonić mi się coś, czego jeszcze nie znam. Każda zmiana wymaga doświadczenia konsekwencji dysonansu poznawczego. Ekscytacja zmieszała się ze strachem, wiedziałem, że mam przed sobą dziewięć szans, dziewięć jakkolwiek pojmowanych podróży, które mogą mi wreszcie coś pokazać.
Przypomniałem sobie też, że słowo „kryzys” jest zapisywane po chińsku przez dwa znaki, jeden z nich to „niebezpieczeństwo”, a drugi „szansa”.