athanasia/nieśmiertelność

W tym miejscu bierze początek mój krzyk niezgody, wściekłości i rozpaczy. Los nie jest moim losem, podobnie jak nawet najmniejszy kamień nie jest moim kamieniem. Gdy człowiek odchodzi od swej udręki zamyka usta bogom. Nie potrzeba znać nocy by wiedzieć, że słońce i cień są jednością. Wysiłek człowieka ma zawsze swój koniec. Los nie istnieje. Dany z wysokości jest rozwiązaniem, które zawsze można zmienić. Człowiek nie posiada nic oprócz tego – kamień zawsze w jakimś miejscu się zatrzymuje. Wszystko jest złem, a świat z władcą czy bez i tak przeminie. Wypełnianie ludzkiego serca jest zaś łagodnym schodzeniem w doliny. Wyobraźnia nie podsuwa nic więcej.
Ale kto wie, co jest prawdziwe.

Baśń Posążki z wiatru ze zbioru Oświecenie dziobaków.

Historia

Esej Alberta Camus „Mit Syzyfa” jest jednym z ważnych tekstów, do których często wracam. Przywoływałem go jawnie bądź nie przynajmniej w kilku swoich książkach, polemizowałem z nim, uzupełniałem, parafrazowałem.

Tekst „athanasia/nieśmiertelność” pierwotnie był pomyślany jako opowiadanie, ostateczne wyszła raczej jednoaktówka w formie tragedii greckiej. Punktem wyjścia był znowu mit Syzyfa, rozpatrywany jako sen i potraktowany jako jedna z możliwych wersji stale przewijającego się motywu obecnego w ludzkiej psychice oraz powiązany z problemem ludzkiej sprawczości i losu, rozwinął się w odwieczny dyskurs o nieśmiertelności.
Dyskurs, który współcześnie staje się coraz bardziej niejednoznaczny, kwestionując wiele z tego, co przez wieki uznawaliśmy za oczywiste.

athanasia/nieśmiertelność

UWAGI

Ten tekst może być czytany zasadniczo jako jednoaktówka sceniczna w formule tragedii greckiej, ale też jako zwykłe opowiadanie.
Albo jako sen którejś z osób tej historii.

W formule scenicznej nazwy poszczególnych scen są wyświetlane na ekranie.

PROLOGOS

CHÓR (recytują różne osoby)


Na moich poduszkach mam wyhaftowane kolorową nitką wielobarwne historie, tworzę je każdego dnia, a wieczorami przekładam na mniej lub bardziej udane i wierne obrazy, które odwzorowują się nocą. Czasem dla zabawy „doszywam” jakiś element na poduszce i obserwuję, jak historia i sen się zmieniają.

Albo tworzę kolaże, śpiąc na kilku równocześnie.

Przy różnych okazjach rozdaję haftowane poduszki znajomym, ale nie pytam, choć mam ochotę sprawdzić, co im się na nich śni. Od jakiegoś czasu również skupuję i kolekcjonuję stare poduszki innych ludzi, czuję się jak złodziej snów, choć wiele z nich, szczególnie te niezrozumiałe, sprzed wielu lat, bardzo mnie wciągają.

Mam wrażenie, że rozmywam granicę swojej tożsamości, czasem gładząc swoje ciało czuję pod palcami satynę pokrytą wypukłością wzorów.

Zmieniam je każdej nocy, wielokrotnie prane przestają być rozróżnialne.

W związku z tym te ulubione muszą być używane bardzo oszczędnie.

SCENA 1. SEN

Siedzę zmęczony na pomoście nad jeziorem. Jestem na wakacjach w domu znajomych, ale wieczorem mam wracać do siebie. Próbuję zebrać swoje rzeczy, ale odnajduję je w różnych miejscach, pokojach i zakamarkach. Chodzę i nie mogę wszystkiego znaleźć, okazuje się też, że moje rzeczy są pomieszane z rzeczami innych ludzi, nie potrafię tego rozdzielić. Moje papiery, gdy próbuję je zebrać razem, wypadają mi z rąk, fotografie pomieszane są bez ładu z innymi materiałami, staje się coraz bardziej bezradny, wszystko to mnie przerasta. Wiem też, że mam mało czasu, żeby się spakować, widzę, że nie zmieszczę się w mały plecak ani w duży, a nie chcę, nie mogę brać obu. Próbuję upychać rzeczy raz w jednym, raz w drugim, ale wszystko mi się rozłazi, nie daje się spakować. Dodatkowo czas ucieka, a ja nie wiem jak mam jechać, wydaje mi się, że muszę najpierw przepłynąć promem, a dopiero potem wsiąść w autobus, ale nie jestem tego pewny. Nie potrafię też określić jak to sprawdzić. Znajomi, których pytam, udzielają mi sprzecznych odpowiedzi albo bagatelizują sprawę, część w ogóle mi nie odpowiada. Nie wiem, co mam zrobić. Idę nad jezioro i siadam zmęczony na pomoście.

SCENA 2. O SNACH

Na scenie powinno to być przedstawiane jako rozmowa dwóch osób – wygłaszają na przemian kolejne kwestie.


Nie ma bardziej uświęconego sposobu poznania niż poprzez sny*.

 

Gdy poduszka spadnie
A ty nagle się budzisz,
Owiewa cię zimny wiatr,
Nie zostawiając miejsca na sny**.

 

Irokezi mają tylko jednego Boga – pisali jezuici, którzy w XVI wieku przybyli do Ameryki Północnej – jest nim Sen.

 

Prawdę mówiąc nie rozumiem fiksacji doświadczonych psychoterapeutów_ek na snach swoich klientów_ek. Freudowskie przekonanie, że są one „królewską drogą do nieświadomości“ wspierane uwodzącą niejasnością funkcjonowania psyche oraz ludzką potrzebą tajemnicy i transcendencji, podtrzymują nieustające powodzenie senników i ich psychologicznej odmiany w postaci kursów tłumaczących, co robić, by odkryć ich głęboki sens.

Przypominam sobie jak jeden z moich nauczycieli psychoterapii powiedział mi kiedyś (co wtedy wydawało mi się herezją):

„Jeżeli trafi ci się klient, który będzie chciał koniecznie zająć się swoim snem, to pozwól, żeby ci go opowiedział, a potem zapytaj go, czy nie ma ważniejszych problemów.“


Czy sny w ogóle cokolwiek znaczą?
Czy są wiadomością od Bogów lub innego transcendentnego bytu?
Czy informacją od naszej nieświadomości?
Mapą psychiki?
Czczą igraszką?
Marzeniem, wypartym pragnieniem?
Odpowiedzią na pytanie, którego nie ośmielamy się zadać?
Mniej lub bardziej kiepską literaturą stworzoną przez nieznaną wersję AI?
Mózgowym koktajlem resztek z dnia?
Materiałem z testu projekcyjnego, który może pokazywać naszą zakręconą psychikę i jej problemy?
Prostszą wersją dywinacji z baraniej wątroby czy popękanej skorupy żółwia?
Jedną z wielu nieudanych prób odkrycia Archimedesowego punktu podparcia?
Kolejnym elementem pokazującym jak niewiele wiemy?
Pytaniem, na które nie ma odpowiedzi?


Nienasycone duchy odchodzą zawsze głodne.

SCENA 3. ROZMOWA

Na scenie powinno to być przedstawione jako rozmowa, przy czym druga osoba milczy, a pierwsza gra w taki sposób, żeby ewidentnie wskazywać na dialog.

Pierwszym krokiem, zanim zaczniemy dalej pytać jest określenie czy sny pochodzą z mózgu czy też z umysłu/psychiki? Jeśli z umysłu/psychiki to odpowiadają na pytanie, którego nie mamy odwagi sobie zadać. A jeśli z mózgu, to same w sobie nie mają żadnego sensu, są jak test plam atramentowych, w którym projektujemy na dowolny materiał aktualną narrację, którą „obrabia” aktualnie nasz umysł/psychika.

„Obrobieniem” snu może też być narracja kogoś, kto uważa, że w ogóle nie się co nimi zajmować.

– Tak, często miewam podobne sny.

…

– Motywy senne są powtarzalne, mój sen innej nocy może przejawić się jako bezowocne próby równego przycięcia kartki, różne przeszkody sprawiają, że okazuje się to niemożliwe. Albo też może to być historia o próbach spotkania kogoś, kto za każdym razem staje się kimś innym. Albo wydostania się z miejsca, które okazuje się labiryntem.

…

Koncepcja mitu życiowego wydaje mi się absurdalna, sądzę, że jest to jeden z pomysłów, który próbuje podtrzymać kilka iluzji oferujących poczucie sensu dla naszych działań i całego życia.

…

Nie wiem, co o nich myśleć, jestem w tej kwestii równie bezradny jak w każdym moim śnie tego typu.

…

Nie sądzę, żeby było to możliwe. Nie uważam też, że tego rodzaju postawa byłaby sensowna. Chyba wszyscy staramy się wpływać na rzeczywistość i być w niej jak najbardziej sprawczy.
Jasne, że zdaję sobie sprawę, ze swoich ograniczeń, ale akceptacja tego, że niewiele mogę nieuchronnie wiedzie do depresji lub aśramu, a póki co żadna z tych opcji nie wydaje mi się specjalnie interesująca.

…

No, może jak będę miał siedemdziesiąt lat.

…

(z irytacją) I co z tego, że iluzja? Rzeczywistość bez pocieszenia byłaby miejscem niemożliwym do życia, bo jak pisał Conrad: „Człowiek w każdym wieku musi się karmić złudzeniami, aby za wcześnie nie wyrzekł się życia i aby nie przyszedł kres na ród ludzki.”

SCENA 4. SEN SYZYFA

Śni mi się wielka góra, wysoka aż pod samo niebo. Powiedziano mi, że popełniłem straszną zbrodnię i muszę ponieść karę. Nie pamiętam nic ze swojego życia zanim znalazłem się tutaj.

Od tego czasu wtaczam wielki kamień na szczyt góry. Już samo to byłoby ogromną karą, bo zadanie wydaje się nie do wykonania, jednak dodatkowo za każdym razem, gdy w wielkim trudzie udaje mi się go podtoczyć pod szczyt, bezwstydny, podstępny kamień wyślizguje się z moich objęć i z hukiem zlatuje na dół. Zda mi się, że słyszę śmiechy dobiegające ze szczytu góry.

Schodzę śladem kamienia i zaczynam swoją pracę od nowa.

Od nowa.

SCENA 5. PRZEMIJANIE – SPRAWCZOŚĆ – BUNT

CHÓR

Zazdrośni bogowie pilnie strzegą
Swoich przywilejów
Tylko oni chcą mieć
Prawdziwą sprawczość we Wszechświecie
Tylko oni mogą być przyczyną
Człowiek musi znać swoje miejsce
I nie próbować wykraczać poza swoją miarę.
W obliczu możliwego buntu
Bogowie dali mu pozór sprawczości
Albo też sam odkrył jak może
Stworzyć iluzję sprawczości –
Tak jak bogowie mają nad nim władzę
On może władać bliźnim.
Tak narodziła się przemoc.

Ale tylko tyle mu wolno
Nie może naruszać
Władzy i świętej przemocy.

Kara bogów dla Syzyfa
Za przekroczenie ludzkiej miary
Próbę by zwyciężyć przemijanie
Uwięzić Thanatosa
Sięgnąć po nieśmiertelność –
Była okrutna i złośliwa
Dali mu to, co chciał osiągnąć,
Lecz wraz z dotkliwą świadomością pozoru.

Zawsze będzie sprawczy
Wtaczając swój kamień
Ale zawsze świadomy
Że nigdy sprawczości nie ma
Bo nie zakończy pracy
I uciec od niej nie może.

Czy mądry Syzyf znajdzie rozwiązanie
By uwolnić się z tej pułapki?
Czy zdoła oszukać bogów?
Przechytrzyć ich karę?
Czy odnajdzie drogę skutecznego buntu?
Czy stanie się jedynie opowieścią
Mitem przestrogą dla innych?

SCENA 6. NAZAWSZE

Sentymentalne marzenie i najgłębsza tęsknota, niemożliwa transgresja skończonych i bałamutny argument dużego kwantyfikatora w relacyjnych kłótniach.

Przeciwny brzeg „nigdy” rzeki zdarzeń.

Funkcjonalny bliźniak Wieczności zrodzony z Mojry Kloto i Chronosa, który potem za namową Eris, bogini Niezgody, wdał się w romans z inną Mojrą – Atropos, którego wynikiem była nienawiść między siostrami oraz córka zwana Prosorina.

Wieczne trwanie czy chwila bez czasu?

Płynę łódką, radośnie wiosłując, nie dbam o to, co za mną ani przede mną, żaden brzeg mnie nie pociąga, bo nigdzie nie zamierzam budować domu. Nie przywiązuję się do niczego, więc nic nie mogę stracić. Niczego nie można mi też zabrać.

W bogów nie wierzę, w moich żyłach płynie krew Nomady, a na jedenastym chromosomie mam wariant genu DRD4-7R.

Moje nazawsze znaczy: do ostatniego oddechu.

SCENA 7. NARRACJE NIEŚMIERTELNOŚCI

Na scenie ponownie dwóch aktorów.


[Osobliwość] to okres w przyszłości, w którym tempo zmian technologicznych stanie się tak szybkie, a jego wpływ tak głęboki, że życie ludzkie zmieni się w sposób nieodwracalny. Mimo że epoka ta nie będzie ani utopią, ani dystopią, przekształci ona pojęcia, na których się opieramy, aby nadać znaczenie naszej egzystencji***.


Od wieków ludzkość marzy o nieśmiertelności, ale nigdy wcześniej śmierć nie była celem tak zmasowanej naukowo-technicznej ofensywy. Jeśli udało się nam uwierzyć, że śmierć to „techniczny problem możliwy do rozwiązania” stało się tak za sprawą dynamicznego rozwoju nauki i technologii w ostatnich dekadach, czemu towarzyszą ogromne nadzieje pokładane w rozwoju sztucznej inteligencji. (…)

Reprezentatywne dla XXI wieku są prace nad projektami nieśmiertelności cyfrowej i cielesnej (…) przywracanie do życia zmarłych za pomocą animacji komputerowych, stworzenie wirtualnego awatara naśladującego wygląd, zachowanie i osobowość potencjalnego klienta portalu po jego śmierci, koncepcja tzw. mindclones – świadomych istot wirtualnych, które staną się pośmiertnym przedłużeniem człowieka. (…) Badania Alcor. Life Extension Foundation (organizacja zajmująca zachowywaniem martwych ciał w bardzo niskich temperaturach) dowiodły, że dzięki odpowiednim nakładom finansowym i sprawnie działającej fasadzie PR-owej można skutecznie podważyć tradycyjne rozumienie śmierci i zakwestionować ostateczny status martwego ciała. (…)

Cyfrowa nieśmiertelność, jeszcze niedawno wymagająca pracy zespołu specjalistów, kosztownych narzędzi i lat żmudnego trenowania algorytmów, staje się dziś dostępna niemal na wyciągnięcie ręki – i to w modelu do-it-yourself (zrób to sam)****.

SCENA 8. O PRAGNIENIU NIEŚMIERTELNOŚCI

Wszystkie ludzkie narracje dotyczące nieśmiertelności i działania z nimi związane wynikają oczywiście z lęku przed śmiercią. Z pewnego punktu widzenia moglibyśmy powiedzieć, że cała kultura jest jedną wielką walką człowieka przeciwko umieraniu, a ludzka psychika i jej energia bezustannie owija się wokół tego tematu.

Możemy rozważać, czy ten lęk jest związany z tajemnicą, niemożnością w pełni „zagwarantowanej” odpowiedzi, co będzie potem, z bardzo dobitnym ukazaniem braku ludzkiej sprawczości, czy też z indywidualistyczną megalomanią rozdmuchującą poziom oczekiwań do wymiarów kosmicznych.

Im więcej wydaje nam się, że możemy, tym trudniej jest zaakceptować granice tych możliwości, konflikt między coraz większą potrzeba życia wraz ze wzrostem dostępnych możliwości, a nieuchronnością śmierci pogłębia się wzmagając ten lęk.
Rozum znajduje się w pułapce bez wyjścia – na poziomie intelektualnym jesteśmy przekonani o nieuchronności własnej śmierci, a z drugiej strony nie dysponujemy narzędziami poznawczymi, żeby wyobrazić sobie swoje nieistnienie.

Świadomość – istnienie obserwatora, funduje nam kolejny problem nie do rozwiązania – nie możemy wyobrazić sobie własnej śmierci, bo nie możemy wyobrazić sobie braku istnienia obserwatora – bo to nieuchronnie wymaga istnienia obserwatora.
Dlatego Epikur mówił, że nie ma sensu ani bać się śmierci, ani nawet o niej myśleć, bowiem, gdy my jesteśmy – nie ma śmierci, a gdy jest śmierć – nie ma nas.

Tołstoj zaś mówił, że gdy umrzemy, wszystko się wyjaśni – albo będziemy wiedzieli wszystko, albo nie będzie komu stawiać pytań, co brzmi trochę jak zalecenie: Nie ma się co spieszyć, i tak kiedyś wszystko się wyjaśni.

Tworzymy więc różne narracje nieśmiertelności, a właściwie jedynie powtarzamy stosowane wcześniej działania wykorzystując nowe, współcześnie dostępne nam narzędzia, żeby jakoś poradzić sobie z problemem, który, jak powiedzieliśmy, może być rozpatrywany jako podstawa wszystkich naszych działań zarówno jednostkowych jak i społecznych.

Póki co udało nam się wymyślić cztery podstawowe narracje związane z tym tematem.

Droga pozostawania żywym, czyli nieumierania.

Droga powstawania z martwych.

Droga duszy – ciało umiera, dusza zostaje.

Droga dziedzictwa kulturowego lub genetycznego.

 

Może to trochę mało, ale można wybierać, rozwijać każdą z nich i wystarczy aby bez końca podtrzymywać dyskurs.

SCENA 9. O BOHATERACH SZUKAJĄCYCH NIEŚMIERTELNOŚCI

CHÓR

Ulegli, lecz walczyli dzielnie
Musieli się poddać
Ale w niezgodzie
Z gniewnym grymasem na twarzy
Wbrew strasznym cierpieniom
Silni buntem przeciwko
Nieugięci w wewnętrznej walce
Słusznie dumni podjętą próbą
Ponad swym losem i bogami.

Wielu ich było a każdy wspaniały
Archetyp hybris czy nieugiętej walki
By dorównać nieśmiertelnym.
Wyjść ponad ludzką miarę
Sięgnąć Niemożliwego
Nie dla czczej igraszki
Lecz by uwolnić ludzi
Spod bogów władzy
Ich chimerycznych nastrojów
Pełnych lęku stanów zawistnych
W obronie tyranii okrutnej.

Iksjon i Bellerofont
Prometeusz, Faeton
Asklepios, Syzyf,
Salmoneus, Tantal
i wielu innych …

Pokonani lecz dumą i buntem
Zwycięscy.

Lecz czy naprawdę?
Czy duch niepokonany
Nie jest jedynie zamknięciem
Oczu na rzeczywistość?
Racjonalnym wybiegiem
Ułudą zachowania
Okruchów sprawczości?

Bo czy to Syzyf wtacza kamień
Czy kamień ciągnie za sobą Syzyfa?
Czy to kolejna pułapka
Ukryta na razie przed bohaterem?
Czy zostanie odsłonięta
Dopiero gdy czas nadejdzie
By pokazać mu bezsens jego walki
I prób mierzenia się z bogami?

SCENA 10. SYZYF O SWOIM DĄŻENIU DO NIEŚMIERTELNOŚCI

Nie jestem żadnym bohaterem i wcale mi nie pochlebia – wręcz śmieszy mit, który wiąże mnie bardziej niż mój kamień. Czasem przyczepiają do mnie archetyp Trickstera, którym też nigdy nie byłem.

Już od najmłodszych lat byłem psotnikiem, żartowałem sobie zawsze i ze wszystkiego. „Dorośnij wreszcie!“, tak najczęściej mówili do mnie moi rodzice, król i królowa naszego państwa. Oczywiście fakt, że byłem królewskim synem bardzo ułatwiał mi robienie wszystkiego, co mi się tylko podobało. Od kiedy pamiętam robiłem sobie żarty, zabierałem mieszkańcom zamku różne przedmioty i podrzucałem innym bawiąc się potem wynikającymi z tego komplikacjami. Oszukiwałem kogo się dało, w kłamstwie odnajdywałem nie metodę do unikania kary czy sposób na pokazanie się w lepszym świetle, lecz prześmiewcze narzędzie do kpienia sobie z rzeczywistości. Uwielbiałem odwracać ją do góry nogami, żartować sobie z niej i podważać jej uznawane przez wszystkich za oczywiste sposoby funkcjonowania. Miałem głębokie przekonanie, że żart to gra z formą, która stwarza możliwość uświadomienia sobie, że przyjęty ogólnie wzorzec nie jest rozwiązaniem koniecznym.

Nie zamierzałem dorosnąć i obiecywałem sobie, że nigdy tego nie zrobię, świat był dla mnie zawsze lekki i zabawny i chciałem by taki pozostał. Kochałem życie i wszystkie uciechy, które mogłem z niego wycisnąć. Los lekkoducha był jedynym, który mnie interesował i gdy zostałem królem Koryntu wydawało się, że będzie nim bez końca.

Historia z bogami była jedynie drobnym elementem życia. Tak jak żyłem z grabieży i podstępu wykorzystując swoją wiedzę dla korzyści, tak wszystko to przeniosłem na moje stosunki z nimi, z satysfakcją patrząc jak dają się głupio nabierać. Miałem w nosie plotkowanie o nich, ich ambrozję i tajemnice, najbardziej bawiły mnie strach i mina Zeusa, gdy rozwścieczony Asopos, któremu powiedziałem kto uwiódł jego córkę, ścigał „Gromowładnego”. I ten skamlący Thanatos, gdy go zakułem w kajdany! Prawdziwy cyrk!

Z tortu życia wykroiłem sobie największy kawałek, przeżyłem je po tysiąckroć i jest mi doskonale obojętne, co się ze mną teraz dzieje.

Nie ma dla mnie rozwiązania nie ze względu na bogów czy filozofów, ale dlatego, że nie ma problemu.

SCENA 11. SYZYF CAMUS’A

Stoję u stóp wielkiej góry, wysoka aż pod samo niebo. Od zawsze wtaczam wielki kamień na jej szczyt. Za każdym razem, gdy w wielkim trudzie udaje mi się wykonać to zadanie, kamień wyślizguje się z moich objęć i z hukiem zlatuje na dół.

Schodzę teraz śladem kamienia, aby zacząć swoją niekończącą się pracę od nowa.

Myślę, że jestem bohaterem absurdalnym i tragicznym poprzez swoją świadomość rozdźwięku między ludzkim pragnienie sensu a milczącym i obojętnym wszechświatem, płacę cenę za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia. Wiem, że moja praca nie ma końca ani sensu, ale wykonuje ją bez złudzeń i fałszywej nadziei. Jestem jednak silniejszy niż mój kamień, świadomość mojej sytuacji, bunt i odrzucenie rezygnacji czynią mnie panem mojego losu i przezwyciężają moje cierpienie. Bunt i trwanie w oporze odbierają bogom władzę nad moją duszą.

Mam czasem wątpliwości czy mój bunt nie jest naiwnością i racjonalizacją, może rzeczywiście świadomość to przekleństwo, a problemem nie jest śmierć lecz fakt, że zostaliśmy powołani do życia. Ale choć nie jestem pewny, czy można sobie wyobrażać, że jestem szczęśliwy, los jest moją własnością, a kamień moim kamieniem.

SCENA 12. ŚWIADOMOŚĆ JAKO WRÓG

CHÓR

Krótka twa radość Syzyfie
Krótki twój tryumf i laury
Im większy wydaje się sukces
Tym większą okazuje się złudą

Bogowie przewidzieli twój ruch
I odpowiedzą nań z siłą podwójną.
Nie będzie ci dane ich oszukać
Pułapka w twym umyśle
Przez nich sprytnie zamontowana
Świadomość.
To ona stawia pytania
Ukazując realność
Straszną, przed którą nie ma 
Ucieczki.
Drwiąco patrzy na twe dokonania
Z pobłażaniem i wzgardą
Komentuje twe pomysły.

Sądzisz, że masz w ogóle
Jakąkolwiek sprawczość?
I ona zostanie ci zabrana
Nie ma zwycięstwa zwyciężonych
Jedynie nieudolna próba obrony
Swej godności.
Racjonalizacja przegranego
Co myśli że świadomość
Daje władzę której nikt nie sięgnie
Władzę wyższego rzędu
Nad światem zewnętrznej realności.

Iluż was było
Niewczesnych, śmiesznych herosów
Sen jętki jednodniówki
Budowniczych piramid
Wodzów zwycięskich
Alchemików i mistyków
Odkrywców i wynalazców
Exegi momunentum i Non omnis moriar
Zawsze kończy się jednym –
– Fikcję tworzę
Nic nie znaczę.

Świadomość, o której myślisz
Że jest twoją przewagą
To twój wróg największy
Zawsze cię pognębi
Sprowadzi na ziemię
Gdzie jesteś nikim.

By pozbawić cię
Złudzeń wszelkich
By odrzeć z iluzji
I wszelkich miraży
Wślizgnie ci myśl ostateczną
Podważy mniemanie
O wątłej sprawczości
Że to ty wtaczasz
Kamień na górę
Nie łudź się więcej
To kamień ciągnie cię na nią
Śmiejąc się z ciebie
Urągając pozornemu wysiłkowi
Zabiera ci nawet twój trud.

Nawet kamień
Ma władzę nad tobą
Twoja moc
Nawet jemu nierówna
Z woli bogów
Jesteś niczym.

SCENA 13. SYZYF ZDEGRADOWANY

Któregoś dnia śniło mi się, że litościwa i piękna Lesmosyne skłoniła Zeusa by podarował mi choć jeden dzień wolny od kary. Jeden dzień, w którym nie musiałbym wtaczać kamienia na górę i doznawać upokarzającej porażki przed samym szczytem.

Oczywiście nie wiedziałem dlaczego tak się stało, usiadłem pod górą zaskoczony nie wiedząc co dalej robić. Poczułem złość – pogarda wobec tych, co go ukarali, negacja tak drogiego mi poczucia bycia człowiekiem tragicznym i absurdalnym, a także idea losu jako przynależnego do mnie, wszystko to zamieszało w mojej głowie, latami misternie tworzona wersja rozsypała się. A najgorsze było, że nie miałem pojęcia co się właściwie dzieje i co to dla mnie oznacza. Nie potrafię nawet odpowiedzieć sobie czym jest kamień, który leży przede mną i wielka góra nade mną.

„Twarz, która cierpiała tak blisko kamienia, teraz złagodniała i jest pełna osłupiałej próby namysłu, która nie jest w stanie podołać zaistniałym okolicznościom.”

Jedyne, co mi przyszło do głowy w sytuacji gdy pozbawiono mnie wszystkiego, na czym mógłbym się oprzeć, to sięgnąć po najprostsze sensualne doznania.
Spojrzałem w dół i spostrzegłem małego robaka, odruchowo podniosłem go i zjadłem.

„Jakie to zabawne – mógłby pomyśleć – rozwojowo jestem na poziomie chłopca znad Jeziora Turkana i rozpoczynam wędrówkę, którą wiele tysięcy lat temu przechodzili moi praprzodkowie.”
Ale nie jest w stanie tak pomyśleć, najgłębsze zapomnienie, silniejsze niż to, które udało mu się wypracować przez wieki wtaczania kamienia, stało się jego udziałem. Nie pamięta już nie tylko swojego życia, ale nie pozostał w nim nawet ślad jakiejkolwiek ludzkiej historii. To on właśnie zaczyna ją tworzyć, nie mając żadnej świadomości, że to robi.

Uzyskał to, co chciał, nieśmiertelność i wolność absolutną, ale nie zna tych pojęć, nie może wiedzieć, co oznaczają, ani też jakie znaczenie mógłby im przypisać.

Syzyf pozostawał w tym stanie poza czasem przez cały dzień, nic o tym nie wiedząc przeżył swoją wieczność, wolność i nieśmiertelność.

Ocknąłem się ze snu i powoli wszystko odnalazło swoje miejsce w porządku rzeczy. Co za koszmarną wizję miałem przed chwilą – pomyślałem. Całe szczęście, że tu jestem ze swoim kamieniem i że mogę swojemu życiu nadać jakiś sens. Mogę znowu uczyć ludzi wierności wyższej, „…tej, która neguje bogów i podnosi kamienie.”

SCENA 14. WYZNANIE

Ten świat nie jest najlepszym ze światów. Głęboko mnie rozczarowuje, podobnie jak gatunek niesłusznie zwany homo sapiens i ja sam, który jestem jego częścią. Sądzę, że największy nasz problem bierze się z samego faktu urodzin. Choć inni twierdzą, że prawdziwym problemem ludzkości jest to, że mamy paleolityczne emocje, średniowieczne instytucje i technologię niczym bogowie.*****

Zdecydowanie uważam, że ewolucja powinna się była zatrzymać na świecie roślin, a najpóźniej na owadach czy ptakach; homo defectus, który powstał i zatrzymuje nas w rozwoju, jest pułapką i globalnym nieporozumieniem, które mam nadzieję szybko się skończy.

Jestem zmęczony i zniesmaczony wszystkim, co ten gatunek wymyślił, wszystkimi iluzjami i głupimi racjonalizacjami próbującymi podtrzymać nasze istnienie, propagandą sukcesu, narcystycznym zachwytem nad przedstawicielami rodu ludzkiego i cudownymi perspektywami przed nimi roztaczanymi. Oraz intelektualnymi fikołkami próbującymi udowodnić, że tak właśnie jest. Kurczowo trzymamy się istnienia nie dając lub znacząco opóźniając szanse pojawienia się gatunku dużo bardziej wartościowego niż my, albo też blokując powrót do ostatniego sensownego ogniwa ewolucji.
Wszystkich takich jak ja, którzy to widzą, opatruje się etykietkami psychiatrycznymi, a wkrótce zapewne będziemy poddawani przymusowemu leczeniu farmakologicznemu.

Przygnębienie tym wszystkim łączy się we mnie z głęboką tęsknotą za ciszą, ale nie tą, która jest milczeniem. Mam na myśli tą przed Wielkim Wybuchem.

Samobójstwo nie jest rozwiązaniem, żaden bunt nie ma sensu, zostaje życie bez nadziei do końca.

 

Cisza dla nas przyjdzie po nas.

SCENA 15. SEN W PĘTLI

Siedzę zmęczony na pomoście nad jeziorem. Jestem na wakacjach w domu znajomych, ale wieczorem mam wracać do siebie. Próbuję zebrać swoje rzeczy, ale odnajduję je w różnych miejscach, pokojach i zakamarkach. Chodzę i nie mogę wszystkiego znaleźć, okazuje się też, że moje rzeczy są pomieszane z rzeczami innych ludzi, nie potrafię tego rozdzielić. Moje papiery, gdy próbuję je zebrać do kupy, wypadają mi z rąk, fotografie pomieszane są bez ładu z innymi materiałami, staje się coraz bardziej bezradny, wszystko to mnie przerasta. Wiem też, że mam mało czasu, żeby się spakować, widzę, że nie zmieszczę się w mały plecak ani w duży, a nie chcę, nie mogę brać obu. Próbuję upychać rzeczy raz w jednym, raz w drugim, ale wszystko mi się rozłazi, nie daje się spakować. Dodatkowo czas ucieka, a ja nie wiem jak mam jechać, wydaje mi się, że muszę najpierw przepłynąć promem, a dopiero potem wsiąść w autobus, ale nie jestem tego pewny. Nie potrafię też określić jak to sprawdzić. Znajomi, których pytam, udzielają mi sprzecznych odpowiedzi albo bagatelizują sprawę, część w ogóle mi nie odpowiada. Nie wiem, co mam zrobić. Idę nad jezioro i siadam zmęczony na pomoście.

Siedzę zmęczony na pomoście nad jeziorem. Jestem na wakacjach w domu znajomych, ale wieczorem mam wracać do siebie. Próbuję zebrać swoje rzeczy, ale odnajduję je w różnych miejscach, pokojach i zakamarkach. Chodzę i nie mogę wszystkiego znaleźć, okazuje się też, że moje rzeczy są pomieszane z rzeczami innych ludzi, nie potrafię tego rozdzielić. Moje papiery, gdy próbuję je zebrać do kupy, wypadają mi z rąk, fotografie pomieszane są bez ładu z innymi materiałami, staje się coraz bardziej bezradny, wszystko to mnie przerasta. Wiem też, że mam mało czasu, żeby się spakować, widzę, że nie zmieszczę się w mały plecak ani w duży, a nie chcę, nie mogę brać obu. Próbuję upychać rzeczy raz w jednym, raz w drugim, ale wszystko mi się rozłazi, nie daje się spakować. Dodatkowo czas ucieka, a ja nie wiem jak mam jechać, wydaje mi się, że muszę najpierw przepłynąć promem, a dopiero potem wsiąść w autobus, ale nie jestem tego pewny. Nie potrafię też określić jak to sprawdzić. Znajomi, których pytam, udzielają mi sprzecznych odpowiedzi albo bagatelizują sprawę, część w ogóle mi nie odpowiada. Nie wiem, co mam zrobić. Idę nad jezioro i siadam zmęczony na pomoście.

Siedzę zmęczony na pomoście nad jeziorem…

Bo można myśleć o wieczności i nieśmiertelności jako o czasie bez końca, ale można też ją spostrzegać jako powtarzalną chwilę bezczasu.

SCENA 16. SEN SYZYFA W PĘTLI

Stoję u stóp wielkiej góry, wysokiej aż pod samo niebo. Od zawsze wtaczam wielki kamień na jej szczyt. Za każdym razem, gdy w wielkim trudzie udaje mi się wykonać to zadanie, kamień wyślizguje się z moich objęć i z hukiem zlatuje na dół.

Schodzę teraz śladem kamienia, aby zacząć swoją niekończącą się pracę od nowa.

Myślę, że jestem bohaterem absurdalnym i tragicznym poprzez swoją świadomość rozdźwięku między ludzkim pragnienie sensu a milczącym i obojętnym wszechświatem, płacę cenę za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia. Wiem, że moja praca nie ma końca ani sensu, ale wykonuje ją bez złudzeń i fałszywej nadziei. Jestem jednak silniejszy niż mój kamień, świadomość mojej sytuacji, bunt i odrzucenie rezygnacji czynią mnie panem mojego losu i przezwyciężają moje cierpienie. Bunt i trwanie w oporze odbierają bogom władzę nad moją duszą.

Mam czasem wątpliwości czy mój bunt nie jest naiwnością i racjonalizacją, może rzeczywiście świadomość to przekleństwo, a problemem nie jest śmierć lecz fakt, że zostaliśmy powołani do życia. Ale choć nie jestem pewny, czy można sobie wyobrażać, że jestem szczęśliwy, los jest moją własnością, a kamień moim kamieniem.

 

Stoję ponownie u stóp wielkiej góry, wysoka aż pod samo niebo. Od zawsze wtaczam wielki kamień na jej szczyt. Za każdym razem, gdy w wielkim trudzie udaje mi się wykonać to zadanie, kamień wyślizguje się z moich objęć i z hukiem zlatuje na dół.
Schodzę teraz śladem kamienia, aby zacząć swoją niekończącą się pracę od nowa.

Myślę, że jestem bohaterem absurdalnym i tragicznym poprzez swoją świadomość rozdźwięku między ludzkim pragnienie sensu a milczącym i obojętnym wszechświatem, płacę cenę za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia. Wiem, że moja praca nie ma końca ani sensu, ale wykonuje ją bez złudzeń i fałszywej nadziei. Jestem jednak silniejszy niż mój kamień, świadomość mojej sytuacji, bunt i odrzucenie rezygnacji czynią mnie panem mojego losu i przezwyciężają moje cierpienie. Bunt i trwanie w oporze odbierają bogom władzę nad moją duszą.

Mam czasem wątpliwości czy mój bunt nie jest naiwnością i racjonalizacją, może rzeczywiście świadomość to przekleństwo, a problemem nie jest śmierć lecz fakt, że zostaliśmy powołani do życia. Ale choć nie jestem pewny, czy można sobie wyobrażać, że jestem szczęśliwy, los jest moją własnością, a kamień moim kamieniem.

 

Stoję ponownie u stóp wielkiej góry, wysokiej aż pod samo niebo…

SCENA 17. O SNACH W PĘTLI

CHÓR

Nadchodzi noc czas na sen bohatera
Nie wie że to koniec jego drogi
Noc ostatnia moment przejścia
Dotyk przepastnego
Czy w końcu wszystko rozjaśni?
Czy nie będzie już komu pytać?

Przyśni mu się sen
Przerwany opadłą nicią
Co wbrew naturze złączyła się ponownie
Czy zwyciężył? Czy osiągnął swój cel?
Co dalej? Co dalej?
Czy zmierzch bogów nadchodzi?
Czy poddali się mocy herosów?

Nie – okrutną kpiną bogów
Ich straszliwą zemstą,
Śnił będzie ten sam sen po wieki
Bez możliwości zmiany
Chciałeś nieśmiertelności – zdają się mówić –
Masz ją więc lecz to my
By pognębić cię do cna
Śmiejąc się z twych wątłych
I niedorosłych pragnień
Buntu wbrew przeznaczeniu
Dajemy ci śmieszną
Poronną jej formę byś odurzony sukcesem
Bo tak – wygrałem z nimi
Osiągnąłem ją wszak wbrew nim i losowi
Zdał sobie sprawę jak nieważne
Nic nieznaczące są twe dążenia i chęci
Pozór zwycięstwa jest twoją porażką
Tym boleśniejszą bo czyni cię małym
I śmiesznym robakiem.

Niech przestrogą będzie dla innych
Historia twa by nikt nie próbował
Sięgać dalej niż jest mu dane
By pilnował swej miary
I porządku świata.

Nieśmiertelne zostaną
Tylko sny i motywy
Ludzkiego życia.

Odtąd losem każdego człowieka
Na wieczną rzeczy pamięć
Śnić będzie po śmierci
Sen swój ostatni
Bez końca w tej samej formie
By stał się na zawsze więźniem
W labiryncie samego siebie.

SCENA 18. WŁADZA

CHÓR BOGÓW

Jesteśmy silni waszym strachem i bezradnością, które nas stworzyły. Mając taką siłę, cokolwiek zrobimy działa na naszą korzyść. Sterujemy waszym umysłem i możemy w niego wstawić wszystko, co nam się podoba, a wam stworzy ułudę wewnętrznej sprawczości, ostatni bastion – iluzję niewolnika.

Dla „mądrzejszych” mamy świadomość, a w niej największe z upokorzeń – że nawet przedmioty mają nad wami władzę.

Mędrcy przekazali nam, że tym, co spaja grupę społeczną uzbrojoną we wszystkie rytuały i narzędzia władzy i religii, jest nie tyle konieczność ekonomiczna, ile lęk przed tajemnicą świata i zagrożeniem ze strony rzeczy. Społeczeństwo nie jest dzieckiem głodu, lecz strachu.

Skuteczne rządy muszą opierać się też na porządku i posłuszeństwie poddanych, najlepiej zaś je można sobie zapewnić, gdy ludzie i ich działania są widoczni dla władzy, a nade wszystko, gdy ludzie myślą, że władza widzi wszystko, co robią. Nie było to specjalnie trudne wyzwanie i szybko osiągnęliśmy pożądane efekty.

Wiedzieliśmy też, że kto pisze historię, ten rozdziela role bohaterów i nikczemników, a także tworzy sensy, nadaje cele dziejom i określa przeznaczenie. Dobrze oddaje to przysłowie: Dopóki lwy nie będą miały swojego historyka, dopóty opowieści o łowach sławić będą myśliwego. Zadbaliśmy więc o to, by kronikarze opisywali tylko to, co chcieliśmy, żeby zostało w pamięci ludu i potomnych. Podobnie jak dużą wagę przywiązujemy do podkreślania symboli władzy, którymi karmimy zarówno mądrych jak i głupich.

Spokój zapewnia nam też genialny trick, który wymyśliliśmy, rozdzielając ochłapy pozorów władzy między ludzi i zmuszając ich w ten sposób do przemocy i ciągłej walki między sobą. Niech mają zajęcie w niedorzecznym osiąganiu poczucie mikrosprawczości.

Świetnie się bawimy i będzie to trwało tak długo, dopóki nam się nie znudzi.

SCENA 19. O WŁADZY PRZEDMIOTÓW

Żyjemy w ciekawym świecie zmieniających się wartości i punktów odniesień. Proces ten zdaje się niesłychanie przyśpieszać w ostatnich dziesięcioleciach, a tendencja ta zapewne będzie się jeszcze nasilać. Wartości, które przez wieki stanowiły podstawę ludzkiego życia, zaczynają tracić moc w obliczu fali indywidualistycznych, narcystycznych tendencji i podniesionego do rangi sztandarowego hasła ludzkiej wolności, które obecnie przybiera formę: „Kto mi zabroni?”.

W połączeniu z niewyobrażalnie szybkim rozwojem techniki pojawiają się głosy, że zbliżamy się do epoki, w której funkcjonujące jeszcze do niedawna fundamentalne pojęcia na której opieraliśmy swoją egzystencję, ulegną dramatycznemu przekształceniu, a umysł ludzi i w konsekwencji świat przybierze trudną do wyobrażenia formę.

Największe, wydawać by się mogło, upokorzenie człowieka – odebranie mu jakiejkolwiek znaczącej sprawczości i oddanie jej nawet przedmiotom, stało się najważniejszym życiowym dążeniem. Choć oczywiście nieświadomym, ubranym w lifestylową modę, czy też jedynie słuszną drogę osiągania satysfakcji z życia przez wszystkich ludzi bez względu na możliwości, miejsce w hierarchii i dzielące ich różnice.

Homo addictus zastąpił od zawsze obecnego homo rebellis. Choć właściwie należałoby powiedzieć, że homo rebellis stał się też towarem z dużą liczbą gadżetów, obudowanym wszystkim, na czym można zarobić. A Camus przewraca się w grobie śniąc w pętli swój sen o Człowieku Zbuntowanym.
Słowo addictus (od czasownika addicere) oznaczało kiedyś niewolnika, osobę skazaną na niewolę za długi. W średniowieczu notacja była pozytywna – ktoś oddany, lojalny, przywiązany do kogoś lub jakiejś idei.

Od XIX wieku człowiek uzależniony oznacza człowieka bezwolnego lub tego, któremu choroba odebrała wolną wolę wybierania.

Wiek XX-ty podważył istnienie wolej woli.

Dzisiaj uzależnienie odnosi się wyłącznie do niektórych, autorytatywnie określonych substancji lub zachowań, zapewne po to by odwrócić uwagę od skali tego zjawiska. Stanowi to ogólnie i od zawsze znany mechanizm – gdy chcemy ukryć powszechność dowolnego zjawiska należy obarczyć nim i jego odium konkretną grupę ludzi. Cała reszta będzie wtedy mogła spokojnie spać z myślą: „To nie o nas.”

Wzrastająca świadomość tego, jak bardzo przedmioty nami rządzą, a także coraz częściej podnoszone narracje o iluzyjności istnienia wolnej woli człowieka, które zaczynają znajdować potwierdzenie w neuronauce powodują dramatyczne rozszczepienie w ludzkim umyśle. Wewnętrzny rozjazd tego typu, mimo wzrostu i sile mechanizmów obronnych, powoduje powiększenie zagrożeniowej warstwy psychiki. Skutkuje to pojawianiem się rozmaitego rodzaju katastroficznych scenariuszy, a w odniesieniu do władzy przedmiotów nad człowiekiem, opanowaniem świata przez coraz bardziej autonomizującą się sztuczną inteligencję.

Można oczekiwać coraz większego nasilenia się tendencji lękowych wśród ludzi.

SCENA 20. EXODOS

CHÓR

Recytują rożne osoby.

Bzycząc uparcie w papierowym oknie,
Choć pragnie światła, nie przeleci.
Nagle znajduje drogę, skąd przyszła
I poznaje jak oszukało ją życie******.


Przemiana zaczyna się gdy nie ma już nadziei na utrzymanie status quo.

Demaskując miraże, odsłaniamy miejsce, z którego można zacząć budować coś od początku.
Intelektualna rzetelność oznacza niezgodę na oszukiwanie samego siebie, odmowę uczestniczenia w tworzeniu i potwierdzaniu rzeczywistości opartej na tym co miłe lub emocjach wynikających z naszej historii i kompleksów. Ten rodzaj wewnętrznej przyzwoitości utrzymuje nas w realności chroniąc przed wszelkiego rodzaju dogmatyzmem i stawianiem wiary ponad rozumem oraz nauką, sprawia, że przestajemy udawać, że wiemy lub jesteśmy w stanie wiedzieć coś, czego wiedzieć nie można.
Zmusza do trwania przy brutalnej samowiedzy.

Cofa nas do momentu, w którym pewna istota nieuchronnie wkroczyła na drogę do stania się homo defectus.

Dopiero gdy nie ma już niczego, można się oprzeć na tym, co zostało.

Bunt przeciwko władzy bogów to pomieszanie pojęć i porządków – dlatego jest bezskuteczny i nie ma sensu. Trzeba się zbuntować przeciwko temu, kto stworzył bogów i temu, co na nich projektujemy.

Albo wyśmiać samego siebie i ich przez nas stworzonych.

SCENA 21. SEN SYZYFA.

Stoję pod wielką górą, wysoką aż pod samo niebo. Za chwilę podejmę kolejną próbę wtoczenia wielkiego kamienia na szczyt góry. Mam wiele różnych wspomnień – pięknych, śmiesznych i tragicznych, które przelatują mi przez głowę w trakcie pracy. Zadanie wydaje się bardzo trudne, nie udało mi się go jak dotąd wykonać i nie wiem czy mi się to kiedykolwiek uda. Ale, prawdę mówiąc, nie ma to dla mnie większego znaczenia. Za każdym razem, gdy w wielkim trudzie udaje mi się go podtoczyć pod szczyt, moje zmęczone ręce nie dają rady go utrzymać i kamień z hukiem zlatuje na dół. Ale gdy schodzę, odpoczną, bym mógł dalej robić swoje.

Jestem sam i nikt nie może mi w tym pomóc.

Schodzę śladem kamienia i zaczynam swoją pracę od nowa.

Za każdym razem od nowa.

SCENA 22. SEN

Biorę udział w dziwnym wydarzeniu. Znajduję się w ogromnym domu, który przypomina bardziej magazyn o bardzo wielu pomieszczeniach. Zgromadzono w nich ogromną liczbę przedmiotów wszelkiego typu, ale to nie rupieciarnia, dom jest urządzony stylowo i z dużym smakiem. Wszędzie też dostępne jest wykwintne jedzenie i picie. Całość sprawia wrażenie wielkiej imprezy z ważnej okazji urządzone przez bardzo bogatą i ważną osobę, ale przez długi czas nie jestem w stanie się zorientować, o co w niej właściwie chodzi. Nie znam też ogromnej rzeszy ludzi, która tam się przetacza, nie wiem kto mnie tam zaprosił i po co. W pewnym momencie widzę, że w jednym z pomieszczeń zaczyna się dziać coś innego, różni ludzie zachowują się jakby grali role, wchodzą ze sobą w rożne interakcje używając zgromadzonych tam przedmiotów w dowolny sposób, często całkowicie niezgodnych z ich przeznaczeniem, zdejmując swoje ubrania i zakładając inne, podejmując i porzucając rożne działania. Nie mam poczucia, że ktoś nad tym panuje lub jest w tym jakiś plan, robi to wrażenie happeningu, gdzie każdy robi, co chce w sposób zupełnie przypadkowy, używając do tego wszystkich dostępnych możliwości dostępnych w danej sytuacji. Część osób bierze w tym aktywny udział, inne obserwują lub dołączają na chwilę. Całe wydarzenie w pewnym momencie naturalne wygasa, a ludzie zostają lub przechodzą dalej inaczej ubrani, poplamieni farbą bądź zmienieni w jakiś inny sposób. Widzę mężczyznę w samych bufiastych damskich majtkach i kobietę owiniętą kocem upapranym resztkami jedzenia, jakaś para wychodzi niosąc ze sobą stertę przedmiotów o nieznanym przeznaczeniu.

Idę dalej, w kolejnym pomieszczeniu też coś się dzieje, chyba dość długo, bo „akcja” wygląda na zaawansowaną. Przyglądam się, a po chwili decyduję się wziąć w tym udział. Wypowiadam słowa i zdania, które mi przychodzą do głowy, wylewam wino na podłogę i tłukę kieliszek, robię szereg działań spontanicznie bezsensownych, ale nikt się temu nie dziwi. Nie jestem w stanie określić czy są jakiekolwiek reguły czy zakazy, czego nie wolno robić, pojawia się pytanie czy dozwolona jest przemoc, przekraczanie granic. Być może tak, ale tylko w pewnym czasie i określonych pomieszczeniach? Każda osoba sprawia wrażenie jakby działała będąc w swojej „wewnętrznej bańce”, co czasem wygląda zupełnie chaotycznie, a czasem przypomina dziwnie funkcjonującą maszynę o wielu niespójnych elementach.

Przechodzę do kolejnych pokoi, tam również rozkręcają się kolejne „happeningi”, w niektórych zostaję na chwilę, w innych na całkiem długo. Mam wrażenie, że zaczynam tracić poczucie czasu i przestrzeni wciągany w kolejne działania dziejącej się tu historii.

Czas, przestrzeń i możliwości zdają się nieskończone.

Autorzy_ki cytatów.

* Synezjusz z Cyreny
** Kongyan You
*** Ray Kurzweil
**** Katarzyna Nowaczyk-Basińska
***** Edward O. Wilson
****** Shouduan