Hostel w Quito

Choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, bo wydaje się, że każda podróż obdarowuje nas nowymi doświadczeniami i kończy się pozostawiając różne mniej lub bardziej zaskakujące refleksje, jednak żadna nie przynosi satysfakcji ani ukojenia. Zawsze jest natomiast parabolą ludzkich losów, metaforą czegoś, czasem zupełnym niespełnieniem, niekiedy mglistym poczuciem dotknięcia czegoś niezwykłego, a zwykle odejściem od wyjściowo przewidywanej historii i opowieścią o czymś pozornie lub istotnie różnym.
Ale chcielibyśmy wierzyć, że wszystkie te opowieści jakoś splatają się ze sobą, coś je łączy, że bohater odbywa podróż w labiryncie typu „kłącze”, w którym z każdego punktu jest możliwy powrót do wszystkich pozostałych. I że będzie się tak działo do momentu, gdy się zupełnie w nim zagubi, albo aż coś odkryje lub przynajmniej tak mu się będzie wydawało.
Albo też cała historia po prostu urwie się w jakimś momencie bez wyczekiwanej pointy.

Ta historia rozwinęła się z sentymentalnego odczucia, które pojawiło się w reakcji na przypadkowo odnalezione zdjęcie zrobione z tarasu budynku na katedrę w Quito i otaczające ją miasto. Wiele lat temu przebywaliśmy z A. przez pewien czas w Ekwadorze, w stolicy nocowaliśmy w tanim i zaniedbanym hosteliku w podejrzanej okolicy, ale za to na dachu domu mieliśmy taras z pięknym widokiem na katedrę i wulkaniczny masyw Pichincha w oddali. Stał on się miejscem naszych codziennych powolnych śniadań, gdy rozkoszując się słońcem i panoramą miasta przygotowywaliśmy się do wyjścia na spotkanie nowej przygody. Nie wiem dlaczego, ale nagle zapragnąłem tam wrócić. Hostel, jak pamiętałem, był prowadzony przez piękną, spokojną i małomówną kobietę oraz jej niepełnosprawnego męża/partnera. Nie pasowali do siebie, wyglądali trochę na osoby z dwóch różnych światów, ale nie zastanawiałem się wtedy nad ich historią.
Nie wiedziałem wprawdzie, co miałbym zrobić, gdy się tam ponownie znajdę, ale sprawa wydawała się banalnie prosta, ot zwykłe odwiedziny w poznanym wcześniej miejscu nasyconym ważnymi wspomnieniami.
Dopiero po wylądowaniu w Ekwadorze zdałem sobie sprawę, że pamiętam jedynie okolicę, a i to niezbyt dokładnie, nie została mi też w głowie nazwa samego hostelu, decyduję się więc zamieszkać w innym miejscu i dopiero następnego dnia rozpocząć poszukiwania.
Pierwszy dzień przynosi same rozczarowania, wprawdzie na podstawie zdjęcia, a właściwie kąta pod jakim widać na nim katedrę, udaje mi się mniej więcej ustalić możliwy obszar, ale po całodziennym chodzeniu niczym więcej nie mogę się pochwalić. Dwa następne dni również niewiele wnoszą, wydaje mi się czasem, że rozpoznaję okolicę, widzę różne hoteliki i pensjonaty, nawet piekarnia na rogu wydaje się znajoma, ale nie wiem nawet o co mam zapytać. Z irytacją obserwuję, jak po raz któryś z rzędu trafiam w te same miejsca. Miejscowi ostrzegają mnie, żebym nie kręcił się w tej okolicy po zmierzchu, a aparat schował do plecaka. Zrezygnowany wracam do swojego hotelu.
Ale w nocy – eureka!, czy to we śnie czy też rozluźniony umysł w jakiś inny sposób przywołuje wspomnienie, pojawia mi się szyld z nazwą hostelu: Balmont. Podekscytowany od wczesnego rana wznawiam poszukiwania, ale gdy rozpytuję napotykanych ludzi to wzruszają ramionami – nie znają tej nazwy. Zmieniam nieco obszar poszukiwań, ale i to nie daje rezultatu.
Gdy tracę nadzieję trafiam na starego taksówkarza, który zdaje się coś kojarzyć. Pamięta hostel, a po dłuższej rozmowie trochę zaczynają mu się przypominać również jakieś fragmenty związanej z nim historii.
Zawozi mnie w to miejsce, rozpoznaję je po szczególe – charakterystyczne zakratowane drzwi z małym otworem na pół twarzy. Taka ochrona wejścia już wtedy wydawała mi się trochę dziwna, bo choć dzielnica nie należała do spokojnych, to żaden dom w okolicy aż tak się nie zabezpieczał. Hostel już nie istnieje, budynek aktualnie należy do jakiejś rodziny. Drzwi otwiera kobieta w średnim wieku, trochę przypomina mi tamtą, albo mi się tylko wydaje, niewiele wie, bo mieszka tu dopiero od trzech lat, a poprzedni właściciele – ale nie hostelu, bo już wtedy dom był wyłącznie mieszkalny, wyprowadzili się nie wiadomo dokąd, podobno wyemigrowali, może do Kolumbii. Jednak po tygodniu uporczywych wysiłków, strzępków informacji wyciągniętych od taksówkarza, aktualnej właścicielki i sąsiadów, odsłania się historia, a przynajmniej jakiś jej zarys, a właściwie trzy prawdopodobne i kilka nieprawdopodobnych scenariuszy.
Kobieta z niepełnosprawnym partnerem prowadzili bardzo tajemniczy tryb życia, sprowadzili się do Quito nie wiadomo skąd kilka lat przed naszym przyjazdem, kupili ten dom i założyli hostel. Ale byli bardzo ostrożni, nic nie mówili o sobie, nie wdawali się w żadne kontakty z otoczeniem, nigdzie nie chodzili, spędzali czas głównie w domu jakby czegoś się bali. Szło im tak sobie, nie zarabiali wiele, ale wystarczało na utrzymanie dwóch osób. Sąsiedzi początkowo próbowali się zbliżyć do nich, jednak bez skutku, powstawały różne plotki na ich temat, ale w końcu wszyscy dali im spokój i przestali się nimi interesować.
Według tej wersji w jakimś momencie sąsiedzi zorientowali się, że hostelu już nie ma, a w domu mieszka nowa rodzina z dwójką dzieci.
Ale jest też odmienna historia. Kobieta przyjechała z innych facetem, podobno byli zaangażowani w Wenezueli w działalność polityczną i uciekli ścigani przez tamtejsze władze. Być może przystali do powstających w tamtym czasie w Quito rewolucyjnych bojówek Alfaro Vive. Były to ciemne czasy totalitarnych rządów Febresa-Cordero, gdy ludzie, szczególnie przeciwnicy władzy po prostu „znikali”, potajemnie mordowani przez reżim. W każdym razie mężczyzna w jakimś momencie „zniknął”, ale ponieważ para nie uczestniczyła w życiu sąsiedzkim, nie zwrócono na to uwagi, a po jakimś czasie kobieta po prostu zatrudniła niepełnosprawnego do pomocy, w czym też nikt się nie połapał.
Kobieta przez następne lat chodziła protestować wraz z innymi rodzinami osób „znikniętych” na plac przed pałacem prezydenckim, ktoś z sąsiadów podobno ją tam widział, ale nie był tego pewny.
Ostatecznie któregoś dnia znaleziono ją martwą w domu, a niepełnosprawny mężczyzna przepadł. Pomocnik piekarza widział go jak rankiem tydzień wcześniej (kobietę znaleziono dopiero po paru dniach) w panice odjechał gdzieś taksówką, prawdopodobnie odwoził go właśnie „mój” taksówkarz. Wysadził go przy dworcu autobusowym, tamten miał powiedzieć, że jedzie do Guayaquil, ale zrobił to tak ostentacyjnie, że brzmiał niewiarygodnie. Potem podobno kręcili się wokół domu jacyś dziwni ludzie, dopytywali o niepełnosprawnego, ale w końcu sprawa przycichła.
Jeszcze inną historię zasugerowała aktualna właścicielka, która, jak się okazało, mieszka sama i nigdy nie było z nią żadnej rodziny. Przypomniała sobie, że kupując dom po wyjątkowo korzystnej cenie zapytała o jego historię i miała wrażenie, że poprzednikom zależało na jak najszybszym pozbyciu się nieruchomości, jakby się czegoś bali i chcieli od czegoś uciec. Skojarzyła to z plotkami, że hostel albo od początku był przykrywką dla przerzutu narkotyków, albo też para została zmuszona szantażem związanym z ich działalnością w Wenezueli do przyłączenia się do międzynarodowego gangu.
Niektórzy też twierdzili, że od pewnego momentu zaczęli kręcić własny interes i ostatecznie oboje zostali zamordowani.
Moje próby dowiedzenia się czegokolwiek o nich w urzędzie miasta i policji nie przyniosły żadnego efektu, wszystkie papiery na ich temat przepadły, jakby nigdy nie istnieli.

Wracam jutro do Europy, siedzę teraz na tarasie i patrzę na katedrę, bo właścicielka pozwoliła mi na nim trochę pobyć na pożegnanie i dziwne myśli snują mi się po głowie. Co ja tu właściwie robię? Bawię się w detektywa próbując odkryć jakąś tajemnicę? Jaki był prawdziwy powód mojej podróży? Czy próbuję odnaleźć czas, do którego nie ma już powrotu? A może myślę o tym, jak w jednym miejscu spotyka się niegdysiejsza wielka radość i szczęście jednych, w tym moja z A., ze strachem, zbrodnią i tajemnicą drugich?
Zastanawiam się też nad wieloma niespójnościami w przekazach dotyczących całej historii. Właściwie każda osoba z sąsiedztwa, z którą rozmawiałem, w jakimś momencie zaprzeczała temu, co mówiła poprzednio. A gdy zwracałam na to uwagę zasłaniała się niepamięcią. Z kolei taksówkarz, który pokazał mi dawny hostel od początku mnie testował, sącząc, ale też wyraźnie selekcjonując kolejne informacje w miarę jak nabierał do mnie zaufania. Aktualna właścicielka też zachowywała się dziwnie, niby nic nie wiedziała, ale w pewnym momencie wymknęła się jej informacja o tamtej kobiecie, której nie mogła wiedzieć. Mówiła, że mieszka tu tylko trzy lata, a opisywała zdarzenia, na przykład ślub cukiernika ze sklepu na rogu, z dużo wcześniejszego okresu. Zdziwiło mnie też, że miała taką samą, dziwną i niepowtarzalną sekwencję otwierania tego otworu w zakratowanych drzwiach, co tamta kobieta. Nie mogę się mylić, bo był to tak szczególny sposób, że żartowaliśmy sobie na ten temat. Poza tym mówiono, że mieszka z rodziną lub przynajmniej z matką, a ja nigdy nikogo u niej nie widziałem. Inna sprawa, że zawsze gdy tam byłem prowadziła mnie omijając niektóre pokoje.
A w jakimś momencie rzuciła w trakcie rozmowy ze mną zastanawiającą myśl , że niektórzy ludzie żyjący zbyt długo w tajemnicy pragną w końcu zostać zdemaskowani, żeby pozbyć się jej ciężaru. Pobrzmiewał w tym smutek straconej szansy.
Odchodząc w dół ulicy obejrzałem się raz jeszcze za siebie i wydało mi się, że widzę ją jak obserwuje mnie przez na wpół zasłoniętą firankę.
Już w samolocie uświadomiłem sobie, że zostawiłem na tarasie zdjęcie katedry, które mnie tam przywiodło.

Niesiony sentymentem i ideą wiecznego powrotu człowiek snuje plany mając złudną nadzieję, że się jednak spełnią. Kochankowie obiecują spotkać się za dwadzieścia lat w miejscu swojego pierwszego wspólnego wyjazdu, podróżnicy pragną wrócić tam, gdzie nie udało im się czegoś zobaczyć, odwiedzamy rejony, w których kiedyś mieszkaliśmy i kręcimy się dookoła domu, z którym wiążą nas ważne wspomnienia, tęsknie zaglądając w okna, w których wiszą już zupełnie inne zasłony, a zza nich dobiegają głosy obcych ludzi. Próbujemy poznać ludzkie historie, odsłonić ich dzieje połączone z naszymi, zebrać je, zrozumieć i połączyć w całość, która dałaby nam poczucie sensu i ciągłości, wrażenie, że w tym chaotycznym i niezrozumiałym świecie istnieje jakiś punkt, na którym możemy się oprzeć i że mamy w tym wszystkim jaką elementarną sprawczość, podstawę dla przewidywalności i poczucia bezpieczeństwa.
I niby dobrze wiemy, że to się nigdy nie uda, nie spełni, stworzy jedynie kolejne miraże i zasłony, jednak prawdziwe przyjęcie tego do wiadomości wiązałoby się z akceptacją nieodwracalnego ubywania, definitywnego odpadania czegoś z naszego życia, pełnego doświadczenia bolesnej straty, która pokazuje jak iluzyjne jest nasze beznadziejnie uporczywe trzymanie się własnej tożsamości, nieprawdziwego obrazu siebie i świata. I że nigdy nie uda nam się dotrzeć do prawdziwej historii, której przez przypadek staliśmy się częścią. Dopóki istnieje fizyczny przedmiot przynależny lub symbolizujący coś, na czym możemy zawiesić ważne wspomnienia, mamy szansę przywołać je lub przyjdą same, gdy na niego spojrzymy. Dalej możemy wierzyć, że ustanowimy byt, doprowadzimy do „rozbłysku jego realności”. Utrata fizycznej podstawy ewokującej tęsknotę jest równoznaczna z odpadnięciem części ciała, którego fantomowy ból trwa jeszcze przez chwilę słabnąc coraz bardziej, by ostatecznie bezpowrotnie przepaść w otchłani bezpamięci. Zanikanie człowieka jest historią procesu blednięcia zdjęć z atlasu przywoływanych wyobrażeń aż do ich jedynie mglistych i nierozpoznawalnych konturów oraz całkowicie białej na końcu tego procesu kartki.