Guayasamin

Czy nieświadomie powielam swoim życiem znane i powtarzalne w sztuce motywy? Czy jak Cezanne odnalazłem swoją zagadkową Mont Venturi i jak on umrę malując trzystetną wersję masywu Pichincha, czy to tylko zwykły mechanizm ucieczki?

Dlaczego dałem swojej córce imię Saskia? Czy to wyraz mojej próżności czy ukrytego kompleksu?
Mam wiele takich pytań gdy samotnie przechadzam się po swoim wielkim i pustym domu.

Maluję coraz szybciej, przestaję nawet patrzeć na to, co pojawia się na płótnie. Może przestało to już mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie.
Niedawno minęło pół roku od śmierci Maity, Alejandry i Martina, ile jeszcze cierpienia można znieść w życiu?

W Quito znowu zaczynają się protesty campesinos, nadzieja i ekscytacja, która wznosiła się i opadała przez całe życie, miesza się z lękiem przypomnienia o tamtej demonstracji sprzed lat i tamtej śmierci.

Chyba nawet wizja ukończenia Capilla del Hombre – marzenie, które towarzyszyło mi od lat – już mnie tak bardzo nie trzyma przy życiu.

małe światy

Pewnego dnia, dawno już temu, wziąłem do ręki fotografię najmłodszego brata Napoleona, Hieronima (1852). Zdziwiony powiedziałem sobie: „Patrzę na oczy, które widziały Cesarza”. To zdziwienie nie minęło do dzisiaj. Czasem mówiłem komuś o tym zdziwieniu, ale ponieważ nikt nie zdawał się go podzielać ani nawet rozumieć (życie składa się z takich małych samotności, o wszystkim zapomniałem. Moje zainteresowanie Fotografią przybrało kształt bardziej kulturowy. Założyłem, że kocham Zdjęcie jako przeciwstawienie kina, nie udawało mi się jednak ich od siebie oddzielić. Problem był wciąż obecny. W odniesieniu do Fotografii miałem pragnienie „ontologiczne”: chciałem za wszelką cenę dowiedzieć się, czym ona jest „sama w sobie”, jaka zasadnicza cecha odróżnia ją od całej wspólnoty obrazów. Podobna chęć znaczyła jednak, że gdzieś w głębi – niezależnie od oczywistości dotyczących samej techniki, samego użytkowania współczesnej Fotografii, i niezależnie od jej olbrzymiego dzisiaj rozprzestrzeniania się – nie byłem pewny, czy Fotografia istnieje, czy posiada własną odrębność.

Roland Barthes

Fotografia jest jak Platońska <chora> [piastunka, wosk, w którym tworzą się wszystkie byty poprzez odcisk], gdyż w swoim nieistnieniu przyjmuje i nadaje formę wszelkiej materii.

Junko Theresa Mikuriya

Tomasz Teodorczyk – zdjęcia/obrazy
Kōno Bairei Kruk na pniu drzewa w deszczu

Malarstwo japońskie

Wiele lat temu polubiłem japońskie malarstwo, szczególnie „obrazy płynącego (czy też przemijającego) świata” czyli drzeworyty ukiyo-e, choć prawdę mówiąc zachowały one dla mnie przez cały czas swoje pierwotne podbarwienie budyjskim ukiyo (świata udręki), ukryte pod hedonistyczną postawą i pochwałą ulotnych przyjemności jakie niesie życie rodem z Yoshiwary czy teatru kabuki. Podobnie jak w wypadku haiku zatrzymana w stopklatce cykada na spoconej nodze konia, unoszący się dym z komina, samotny cyprys czy kobiece włosy rozrzucone w nieładzie na poduszce skłaniają mnie do odczucia przemijalnego piękna, ale z odcieniem nieuchronnej choć łagodnej w dotyku melancholii. Wspaniałe są również pejzaże, portrety czy wizerunki zwierząt.

Tomasz Teodorczyk – zdjęcia/obrazy
Niña Llorando

Oswaldo Guayasamin

Guayasamin namalował podobno ponad dwieście obrazów przedstawiających Quito, z masywem Pichincha, w różnych kolorach w zależności od pogody i nastroju artysty. W sumie mu się nie dziwię, jest to widok, którego nie da się zapomnieć. Obsesja dowolnego typu zawsze ma źródło w niemożności całkowitego poznania.

Malował niesłychanie szybko; portret Paco de Lucii (słynnego hiszpańskiego gitarzysty) wykonał w godzinę, a niezwykłe akwarele powstawały… w dziesięć minut.

Zastanawiam się, czy ktoś policzył, ile obrazów czy szkiców wykonał Guayasamin w ciągu życia. A przecież jego twórczość jest niezwykle różnorodna – to rzeźby, meble, które sam projektował, i wiele innych podejmowanych aktywności.
Co wyraźnie pokazuje, że długość czasu pracy nie musi być miarą jej jakości.

Dziennik ekwadorski (fragmenty)

 

Niezwykle bogate i ciekawe życie naznaczone tragicznymi wydarzeniami, poświęcone walce o prawa rdzennej ludności, którą nieustannie portretował, wielki przyjaciel Fidela Castro, Salvadora Allende, Pabla Nerudy i Gabriela Garcii Marqueza, kolekcjoner dzieł sztuki i założyciel fundacji mającej na celu zbieranie i ochronę dzieł sztuki południowoamerykańskiej, w swoim ogromnym domu zgromadził 3000 artefaktów sztuki prekolumbijskiej i setki dzieł sztuki z okresu kolonialnego. Trzykrotnie żonaty, miał siedmioro dzieci, jednak ostatnie lata mieszkał zupełnie sam w ogromnej posiadłości w Quito. Wielki wszechstronny artysta, który pomimo wielu nagród i sukcesów jest w Europie prawie nieznany.

Michael Ackerman

Są fotografie, które mają w sobie tyle warstw, że aż trudno je w sobie pomieścić. Jestem niezwykle wdzięczny Michaelowi za to zdjęcie, które wisi u nas w Akademii.

Tomasz Teodorczyk – zdjęcia/obrazy
The thirty days fax painting
Tomasz Teodorczyk – zdjęcia/obrazy
Spalarnia śmieci w Wiedniu

Friedensreich Hundertwasser

Friedensreich Hundertwasser (1928-2000) był ekscentrycznym austriackim malarzem, rzeźbiarzem, grafikiem, performerem, prowokatorem i aktywistą ochrony środowiska. Jego twórczość obejmowała również: architekturę, grafiki, okładki i ilustracje do książek, znaczki i flagi. Znany jest głównie ze swoich niezwykłych realizacji architektonicznych nie tylko w Europie, ale też Japonii czy Nowej Zelandii. Na zdjęciu widzicie spalarnię śmieci w Wiedniu, w Nowej Zelandii zaprojektował toalety. Sam robił dla siebie ubrania i buty. Dom, w którym mieszkał w Wiedniu ma krzywe podłogi i jest prawdziwie baśniową krainą. Doczekał się również swojej kolekcji biżuterii w znanej firmie Frey Willie. Był pochodzenia żydowskiego i urodził się w Wiedniu jako Stowasser, które to „sto” błędnie przetłumaczył sobie potem na „hundert” i zmienił nazwisko (prawdopodobnie oryginalne nazwisko było Stohwasser lub Stauwasser – stojąca lub spokojna woda)

Jego idee znalazły również niezwykłą kontynuację w Polsce. Stowarzyszenie Betlejem, które prowadzi w Jaworznie dom dla ubogich i bezdomnych realizuje własnymi siłami i pracą stworzonej społeczności projekt „Hundertwasser” – projekt domu dla mieszkańców jest inspirowany dziełami i ideami austriackiego artysty.

Trudno nie dopatrzeć się w jego twórczości wpływów Gaudiego, jednak wyraźnie zachowuje swoją indywidualność z bardzo mocnym rysem społecznego aktywizmu.

Tomasz Teodorczyk – zdjęcia/obrazy
Roger Ballen, Waif
Tomasz Teodorczyk – zdjęcia/obrazy
Joel-Peter Witkin, Melvin Burkhart Human Oddity

Roger Ballen i Joel–Peter Witkin

Tak bardzo od siebie różni, a jednak trudno jest mi pisać o nich osobno, połączyli mi się w jedno w trakcie pisania dramatu Episteme. Bez wątpienia obaj zgodziliby się, że celem ich obrazów jest wstrząśnięcie rzeczywistością, zakwestionowanie jej, wprowadzenie innej perspektywy, Witkin pisał o tym bardzo wprost, Ballen z kolei nazywał swoje prace „egzystencjalną psychodramą” konfrontującą z lękami i dotykającą głębokich warstw conditio humana.

Obaj eksperymentują z różnych formami wyrazu sięgając po bardzo skomplikowane techniki fotograficzne. Ballen jest również twórcą filmów krótkometrażowych.

Obrazy są pierwotne wobec swoich ukonkretnień” – pisał James Hillman. „Całą naszą wiedzę o świecie, naszą wiedzę o umyśle, ciele, o czymkolwiek w ogóle, włączając w to ducha i naturę tego co boskie, nabywamy poprzez obrazy, a wyobraźnia porządkuje je według takiego czy innego wzorca.

Tworzenie silnego ego, co jest celem wielu nurtów psychoterapeutycznych i metodą na życie cywilizacji Zachodu, jest według Hillmana pułapką, która utrudnia dostęp do mundus imaginalis, blokuje aktywność obrazów. Dokonujemy wtedy zamiany obrazu na alegorię, co subtelnie pozbawia go wszelkiej siły oddziaływania. Stąd też powrót do doświadczania obrazów byłby tworzeniem wspólnej płaszczyzny dla psychoterapii i sztuki.

Taką też metodę pracy przyjąłem pisząc dramat Episteme, wy-obrazowywałem jego treść. Przez wiele godzin oglądałem prace obu autorów czekając aż pojawią mi się obrazy i złożą w jakaś sekwencję, którą na koniec opisałem.

Wasyl Kandinski, Joan Miró, Egon Schiele

Wydawać by się mogło, że Schiele nie pasuje do pozostałej dwójki i po dłuższym namyśle widzę, że rzeczywiście tak jest. Co nie zmienia faktu, że z podobnym zachwytem spędziłem godziny wiele lat temu w muzeum z dziełami Miró w Barcelonie, co ostatnio oglądając w Wiedniu twórczość Schiele.

Ale chwila, jednak jest coś podobnego, tylko że to jest podobieństwo przez przeciwstawienie. Totalna czystość formy Kandinskiego i Miró dopełnia się w „brudnej” zmysłowości Schiele.

W jednym z fragmentów małych światów zatytułowanym Oksymoron napisałem:

Jak ostry i tępy są częścią tego samego słowa, tak wielodzietna i bezdzietna matka są jedynie kwestią perspektywy i zastosowanych kategorii podziału.